piątek, 13 lipca 2012

Człowiek i wojna w prozie wspomnieniowej Stefana Büchnera

Co ci tak ręka do głowy podskoczyła, to nie ty, to on nie żyje. Że co? Że to miało być dla ciebie? Nie bądź zarozumiały, to nie było dla ciebie! To on szedł do tej szczeliny, szedł przez całe życie. I doszedł. Twoja szczelina, twój wyrok jeszcze przed tobą. Idziesz do nich. Każdy idzie do swojej szczeliny. No dość, wyciągaj mapę i słuchaj. 
/Stefan Büchner, Szczelina/
Tytułem wstępu

Niniejszy artykuł powstał jako wstępne badanie prozy wspomnieniowej Stefana Büchnera (1919–2007), ze szczególnym uwzględnieniem niepublikowanych do tej pory opowiadań oraz pamiętników[1]. Moim zamiarem było odtworzenie możliwie wiernego portretu lwowiaka z urodzenia, żołnierza II Korpusu i uczestnika walk pod Monte Cassino, człowieka tworzącego współczesną historię. Z nielicznych dokumentów próbowałam wydobyć i zrekonstruować dzieciństwo Stefana Büchnera na Kresach Wschodnich, przymusową żołnierkę w szeregach Armii Czerwonej, służbę u boku gen. Władysława Andersa oraz lata powojenne w Tarnowie. Dopiero z tak przyjętej perspektywy zastanawiam się nad historią Polski XX wieku, a dokładnie nad udziałem w jej tworzeniu m.in. bohaterów spod Monte Cassino 1944. Przy czym szczególnie interesuje mnie w tym miejscu człowiek i jego próba samookreślenia się w trakcie trwania działań wojennych oraz po ich zakończeniu, w powojennej, nowej rzeczywistości. Opisywane przez S. Büchnera miejsca, wydarzenia oraz postaci traktuję, pomimo pewnych zabiegów i walorów literackich, jako materiał źródłowy, na podstawie którego podejmuję próbę rekonstrukcji autentycznego obrazu człowieka „zarażonego wojną”. Kluczem do odczytania prawdy z owych okruchów pamięci Stefana Büchnera jest prosty język wspomnień milczącego do tej pory człowieka.
I. O rodowodzie. Żołnierska tradycja

Stefan Büchner urodził się 3 czerwca 1919 roku we Lwowie[2]. Ojciec przebywał w tym czasie w rozjazdach, „w wojsku, raz tu, raz tam”[3], spełniając żołnierski obowiązek, a synem opiekowała się osamotniona matka. I wojna światowa skończyła się, ale czasy były niespokojne i ciągle wybuchały zamieszki. Wszystko dopiero się tworzyło, granice nie były określone, a we Lwowie trwała pamięć wygasłych niedawno walk z Ukraińcami. Panował chaos, ludzie  czuli się niepewnie. W mieście odbywały się rokowania z Rusinami[4]. Równocześnie miały miejsce przegrupowania Ukraińców na froncie Galicyjsko-Wołyńskim oraz wywożenie zagrabionych polskich łupów na wschód[5]. Poza rozbojami dezerterów ukraińskich i działalnością patroli bolszewickich, panował względny spokój. 1 czerwca 1919 roku oddziały Dywizji Lwowskiej przekroczyły Seret, stając blisko dawnej granicy rosyjskiej[6]. Ostrzeliwane były stanowiska na południe od Brodów. 23 czerwca pojawił się we Lwowie Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Pomimo zapewnień i obietnic o zaprowadzenie ładu i porządku, rodzina Büchnerów zmęczona niepewną sytuacją polityczną i gospodarczą,  opuściła rodzinny Lwów i udała się w 1921 roku do Lubaczowa.
W Lubaczowie ojciec S. Büchnera objął stanowisko w kancelarii katastru gruntowego. Praca wymagała ciągłych wyjazdów służbowych związanych z wykonywaniem pomiarów oraz z rozstrzyganiem sporów granicznych, z narażeniem zdrowia i życia. Towarzyszenie ojcu podczas bliższych wypraw na bezpieczniejsze trasy budziło w chłopcu chęć doświadczenia przygody oraz uczucie dumy. W trakcie niespokojnych podróży, pewność oraz poczucie bezpieczeństwa dawała broń palna, wożona zawsze przez ojca. Te wyprawy S. Büchner kojarzy z wyraźnym niepokojem:

„Czasy były powojenne, niespokojne, w lasach grasowali bandyci. Każdy taki wyjazd był swego rodzaju wyprawą, na którą ojciec brał ze sobą prawie zawsze pistolet, mały Browning kal. 6.35 z zapasowym magazynkiem. Mama zawsze czekała na powrót ojca, często do późnej nocy i była bardzo niespokojna, gdy to oczekiwanie się przedłużało, chociaż przed nami starała się ukryć swojej zdenerwowanie”[7].

W 1929 roku ojciec Stefana Büchnera otrzymał służbowe skierowanie do Urzędu Katastralnego w Brodach. Rozwiązało to sprawę dalszego kształcenia syna, bowiem Brody posiadały znane i cenione gimnazjum państwowe. Przy tym, było to miasto większe od Lubaczowa. Przeprowadzka nastąpiła w końcu zimy 1930 roku. Stefan Büchner wspomina ten moment, z jednej strony ze smutkiem, z drugiej zaś z oczekiwaniem oraz ciekawością nadejścia rzeczy nowych i niespodziewanych: „Zamknął się okres lubaczowski mojego życia, okres dziecinny, sielski-anielski. Otwierał się nowy rozdział – w nowym miejscu, w nowym otoczeniu, w nowej szkole”[8]. S. Büchner nie rozczarował się, bowiem w rodzinnych Brodach ukończył gimnazjum realne męskie i złożył egzamin dojrzałości. Pozwoliło mu to podjąć w latach 1937-1939 studia na Politechnice Lwowskiej na Wydziale Inżynierii Budowlanej.
Stefan Büchner, od najmłodszych lat wychowywany w domu o tradycji wojskowej, mógł potem spełnić się w wyznaczonej mu przez los żołnierskiej roli. Niewątpliwy wpływ na rozwój jego osobowości, charakteru oraz odbioru świata miał ojciec. Dla S. Büchnera był on niekwestionowanym autorytetem, pisze o nim:

„W wojsku polskim ojciec służył  jako oficer artylerii od 5 listopada 1918 roku do 5 stycznia 1921 roku, biorąc udział w wojnie  polsko bolszewickiej i kończąc służbę w stopniu kapitana rezerwy artylerii. Za tę ostatnią wojnę został odznaczony Krzyżem Walecznych (…)”[9].
Doświadczenia wojenne ojca S. Büchnera wywarły istotny wpływ na osobowość, wrażliwość, zainteresowania oraz na wyobraźnię syna, który kilkakrotnie z dumną wspomina jego żołnierską służbę oraz patriotyczną tradycję rodzinną:

„W roku 1914 ojciec odbywa ćwiczenia wojskowe w Krakowie, w I Pułku Artylerii Polowej, kończąc je w czerwcu.  Bezpośrednio po tym powołany do czynnej służby wojskowej, od pierwszego dnia wojny bierze w niej udział na różnych frontach, od Karpat po Włochy. W 1915 roku awansuje na podporucznika /Leutnant in der Reserwe/. Otrzymuje bojowe odznaczenia austriackie: w 1915 roku brązowy, a w 1916 srebrny Medal Zasługi i awans na porucznika”[10].

Równolegle obok tradycji żołnierskiej obecna była w domu Büchnerów tradycja łowiecka. Stefan Büchner od najmłodszych lat przyglądał się polowaniom ojca, które pozostawiły w jego pamięci następujący obraz:

„Ojciec pochodzący z rodziny o tradycjach myśliwskich sięgających w pokolenia, wychowany w lasach Czarnohory i Beskidu Niskiego, był zapalonym i doświadczonym myśliwym. Wyjazdy na polowania w zimie i w lecie, psy myśliwskie, broń i przybory, opowiadania o przygodach i sukcesach myśliwskich łączą się z moimi najwcześniejszymi wspomnieniami”[11].

Doświadczenia myśliwskie odegrały w życiu chłopca znaczną rolę, co potwierdza po latach sam S. Büchner: „przypatrywałem się, a później pomagałem w czyszczeniu i konserwowaniu broni i marzyłem o tym jak ja kiedyś sam wezmę broń do ręki i zacznę polować”[12]. Stefan Büchner już od wczesnych lat obchodził się z bronią palną, która stanowiła atrybut jego dzieciństwa. Ojciec, jako zapalony myśliwy, Łowczy Kółka Łowieckiego w Brodach, posiadał w domu cały arsenał broni palnej, w tym broń myśliwską, sportową i krótką. Zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami była ona zarejestrowana. Po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie w 1939 r., Büchnerowie musieli zdać broń wraz z amunicją do byłego starostwa, gdzie urzędowały nowe władze sowieckie. Zachowała się jedynie austriacka szabla oficerska ojca z posrebrzaną gardą.
Zapisane przez S. Büchnera wspomnienia z dzieciństwa okazują się symptomatyczne zarówno dla jego życia jak i dla pamiętnikarstwa. Brak pewności, co do zaistniałych wydarzeń, pojedyncze obrazy z młodzieńczej przeszłości składają się w pewną jedną płaszczyznę.  Stanowi ją dzieciństwo na Kresach Wschodnich, w Lubaczowie, a następnie w Brodach. Okres, jak się później okaże, najważniejszy, Stanisław Büchner bowiem zapisuje:

„Pierwsze moje wspomnienia z najwcześniejszego okresu dzieciństwa są niepewne i niewyraźne. Zacierają się granice między tym, co sam przeżyłem, a tym co słyszałem później w opowiadaniach rodziców i dziadków. Z oparów mgły wyłaniają się otwarte place, żołnierze, konie. Są to zapewne jakieś okruchy życia w garnizonach wojskowych z okresu służby ojca, zasłyszane lub pochodzące
z prehistorii świadomości i do dziś zapamiętane.”
[13]

Stanisław Büchner zatem już w dzieciństwie dostrzegał pewne sygnały przepowiadające dalsze swoje dzieje. Owe otwarte place, żołnierze i konie, to nic innego jak zapowiedź jego późniejszych losów, jako przymusowego żołnierza armii radzieckiej, następnie polskiej. Losów, w każdym znaczeniu tych słów, niepewnych i niewyraźnych.

 II. We wrześniu 1939. Wybuch II wojny

Pierwsze oznaki zbliżającej się wojny S. Büchner dostrzegł pod koniec sierpnia 1939 roku, kiedy wracał do domu z obozu Legii Akademickiej w Grandziczach nad Niemnem. Podróż przez Białoruś i Wołyń, pokazała wyraźnie mobilizację mieszkańców tych ziem. Przygotowania do wojny nie były jeszcze widoczne w Galicji, gdzie panował względny spokój, jak wspomina S. Büchner: „Był to jednak spokój pozorny, usiłujący ukryć prawdziwy stan rzeczy i związane z nim nastroje”.[14] Niepokojącą atmosferę przynosił do domu ojciec, powołany na przewodniczącego komisji poborowej. Były także wypowiedzi optymistyczne, iż jako Polacy „mamy zamiar i możliwości wkroczenia w razie wojny na teren Niemiec, że nasza armia jest silna i gotowa do wypełnienia swoich zadań”[15]. Jednak zagrożenie wojną było tylko widmem:

„Mimo, że wszystko wskazywało na zbliżającą się nieuchronnie wojnę, wielu ludzi nie wierzyło, czy nie chciało wierzyć w jej realność. Starsze pokolenie, które przeżyło I wojnę światową i wojnę polsko-bolszewicką, broniło się instynktownie przed myślą o nowej katastrofie grożącej bytowi ledwo odbudowanej państwowości polskiej i całemu życiu narodowemu i rodzinnemu”
[16].

Ze względu na znaczne oddalenie miasta od linii frontu, wybuch wojny był dla mieszkańców Brodów wydarzeniem nierzeczywistym. Wojsko opuściło brodzkie koszary, a pod miastem pojawiło się zapasowe lotnisko samolotów bojowych. Stopniowo zaczęły docierać tu cofające się polskie odziały oraz uciekająca ludność cywilna. Szerzyły się pogłoski o działalności niemieckiej piątej kolumny i band ukraińskich[17]. W Brodach rozkwaterowały się grupy dowództwa i cywilów, a stacja kolejowa zapełniła się wojskiem.
Nad Brodami pojawiły się, jako pierwsze formacje niemieckie, samoloty. 13 września nastąpiły naloty. W efekcie został zburzony i spalony szpital, w którym przebywali ewakuowani z frontu ranni żołnierze, wspomina S. Büchner: „Wybiegłem z domu i wraz z innymi usiłowałem pomagać w ratowaniu rannych z płonącego szpitala, ale utrudniały to następne fale nalotów”[18]. Bombardowania powtórzyły się 14 i 15 września, później nastała cisza. Dochodziły nieliczne i krótkie wiadomości o zatrzymaniu natarcia niemieckiego przed Lwowem. 17 września pojawiła się informacja o przekroczeniu wschodniej granicy Polski przez wojska sowieckie. Pierwsze ich oddziały wkroczyły do Brodów 20 września, z pamięci przywołuje Stefan Büchner następujące wspomnienia z tym związane:

„Ludzie w milczeniu patrzyli na ubraną w bure szynele piechotę. Na plecach mieli worki, karabiny często na sznurkach, bo zabrakło widocznie skórzanych czy parcianych pasów, na głowach furażerki i czapki z czerwoną gwiazdą. Szli wolno i ciężko. Jechała kawaleria na koniach zaniedbanych i nie dobranych wzrostem i maścią. Często zamiast wodzów trzymali w rękach zwyczajne, grube sznury. Wszystko to kontrastowało z wyglądem i elegancją polskiego wojska, szczególnie kawalerii, do której widoku byli przyzwyczajeni wszyscy mieszkańcy Brodów. (…)[19].

Brody obwieszono odezwami o wyzwoleniu Zachodniej Ukrainy i Białorusi oraz wezwaniami, portretami wodzów i łozungami na czerwonych płachtach. Oficjalnie nowe władze zajęły polskie budynki, zaczął obowiązywać język rosyjski i rubel. Do użytku weszło słowo „sowieci”, które określało to, co urzędowo nazywało się „narodem radzieckim”. Sowietem mógł być Rosjanin, Gruzin czy Kirgiz, zaś nie mógł nim być miejscowy, bez względu na narodowość. Określenie oddzielało nowych osadników ze wschodu i chroniło własną narodową tożsamość[20]. W mieście zabrakło podstawowej żywności, sytuacja wyglądała źle. Wspomina S. Büchner: „Rozpoczęła się walka o przeżycie następnego dnia i równocześnie zarysowała się dalsza ponura i przerażająca swą beznadziejnością przyszłość”[21].
Po wstrząsie spowodowanym wybuchem wojny i okupacją, S. Büchner zastanawiał się nad kontynuowaniem studiów we Lwowie. Dochodziły wiadomości, że uczelnia rozpoczęła działalność ze starą kadrą profesorską i w języku polskim. W II Domu Techników odnalazł kolegów ze studiów. Jednak już pierwsze jego wrażenia z pobytu we Lwowie były niekorzystne:

„Miasto obwieszone czerwonymi flagami z sierpem i młotem, udekorowane łozungami wypisanymi złotymi literami na czerwonych płachtach, portrety wodzów i obwieszczenia po rosyjsku, ukraińsku
i polsku – wszystko działało na mnie obco, wrogo i odstraszająco. To nie był ten Lwów, moje miasto rodzinne, które znałem z pobytu w ciągu dwóch ostatnich lat”
[22].
Na Politechnice panowały takie same porządki, jak i w całym mieście. S. Büchner nie potrafił tego zaakceptować, dlatego zrezygnował z dalszych studiów. Czuł opór przeciw nauce w zaistniałych warunkach i powrócił do Brodów. To był jego ostatni pobyt we Lwowie.
Po powrocie do domu szukał pracy, gdyż był jedynym w rodzinie, który mógł się jej podjąć. Ojcu groziło aresztowanie, ze względu na to, iż był oficerem rezerwy Wojska Polskiego oraz nie miał korzystnego pochodzenia robotniczo-chłopskiego. Stale wzywano go na przesłuchania między innymi w NKWD, co stanowiło źródło niepokoju dla rodziny, gdyż mogło zakończyć się w więzieniu lub w łagrze, albo na zsyłce w Kazachstanie. Stefan Büchner pracował przy budowie drogi Lwów-Kijów na odcinku przechodzącym przez Brody, a na wiosnę dostał się do wapiennika, który należał do Sowchozu utworzonego z majątku „Państwo Brody”. Jako technik przeprowadził także inwentaryzację budynków nowego Sowchozu.
W końcu października 1939 roku odbyły się wybory połączone z plebiscytem. Po zamknięciu lokalu spalono karty i podpisano zawczasu przygotowany protokół z wynikami nie budzącymi żadnych wątpliwości, to znaczy z głosami rozłożonymi na kandydatów zgodnie z ich ważnością i kolejnością na karcie[23]. Wielu miejscowych Żydów oraz niektórzy Ukraińcy, którzy podejrzewani byli przed wojną o sympatie komunistyczne, zaangażowali się teraz czynnie po stronie nowego porządku. Na zajmowanych stanowiskach szkodzili lub pomagali Polakom, którzy dzięki temu uniknęli aresztowań i wywozów lub zostali deportowani.
Przełomowym momentem w życiu mieszkańców Brodów stały się deportacje ludności na wschód, które miały miejsce w 1939 oraz w 1940 roku. Wspomina S. Büchner, iż „po nich miasto opustoszało, zapadło w apatię i beznadziejność. Równocześnie napływali stale nowi przybysze ze wschodu, często o obcych mongolskich twarzach, i to oni zaczęli nadawać miastu nowy charakter”[24]. Ludzi wyciągano siłą z domów nocami, następnie wsadzano do pociągów zestawionych z bydlęcych wagonów. W większości byli to Polacy, później Ukraińcy. W mieście panowała atmosfera terroru, a mieszkańcy żyli w nieustannym strachu.
Wybory 1939 roku miały następstwo w akcji wydawania paszportów sowieckich, które umożliwiały poruszanie się tylko na terenie ZSRR. Stefan Büchner paszportu nie otrzymał, natomiast dostał zaświadczenie o czekającym go poborze do Armii Czerwonej. Takie zaświadczenie nie pozwalało na wyjazdy, a zobowiązywało do stawiania się na różne komisje i rejestracje oraz na kursy języka rosyjskiego. W efekcie wezwano S. Büchnera na komisję poborową. Wraz z nim do armii sowieckiej wbrew własnemu przekonaniu wcielony został Tadzik Hubert i Władek Romaniuk oraz wielu innych Polaków, Ukraińców i Żydów. Później dołączył do nich Żyd, Benek /?/ Berkowicz i odtąd młodzi żołnierze razem wędrowali przez strojbataliony sowieckie do Armii Polskiej w ZSRR i do II Korpusu. Drugą część pamiętnika Stefan Büchner kończy słowami:

„Ale to była przyszłość, wtedy przed nami zakryta, a na razie przyszedł dzień wyjazdu. Załadowani do wagonów długiego eszełonu ruszyliśmy na wschód, nie wiedząc co czeka nas i pozostawionych na miejscu naszych najbliższych”[25].

III. Na służbie. Pod Czerwoną Gwiazdą

Po wkroczeniu wojsk ZSRR na Kresy Wschodnie Stefan Büchner, został siłą wcielony do Armii Czerwonej. Od września 1940 roku służył w jednostkach regularnych w Syzraniu nad Wołgą, następnie w Kujbyszewie (Samarze). Po 22 czerwca 1941 z Czernichowa S. Büchner został skierowany do formacji zaplecza, tzw. batalionu roboczego w Leonidowie, następnie w Pienzy, gdzie panowały dużo gorsze warunki służby oraz wyżywienia.
W lutym 1942 roku Stefan Büchner wraz z Tadeuszem Hubertem, Władysławem Romaniukiem i Józkiem (?) Berkowiczem zgłosił się do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR w punkcie werbunkowym w Tockoje koło Buzułuku. Decyzja ta wiązała się z samowolnym opuszczeniem 321. Strojbatalionu w Siliksy pracującego przy rąbaniu drzewa w sowieckich lasach i ewentualnym, w przypadku wpadki zbiegów do polskiego wojska, wyrokiem radzieckiego Trybunału Wojennego za dezercję. „Młodzi chłopcy – rocznik poborowy”[26] opuścili obóz nad Surą w obwodzie penzeńskim i wyruszyli w niebezpieczną podróż, poprzedzoną starannymi przygotowaniami. Wspomina S. Büchner, iż najważniejszy bagaż, czyli to co konieczne: „wódkę, papierosy i mydło trzeba [było – M.B.] tak podzielić, aby gdy ktoś przepadnie po drodze nie wszystko przepadło razem z nim”[27]. Wydarzeniu temu towarzyszyły silne przeżycia związane z grożącym niebezpieczeństwem oraz zmianą życiowej sytuacji. Stefan Büchner następująco ujął towarzyszące mu wtedy emocje:

„Czuł niepokój i niecierpliwość oczekiwania na chwilę wyruszenia w drogę. Wreszcie doszło do jakiegoś działania! Nie czuł obawy przed tym, co może ich spotkać. Wszystko dobrze na razie się układało, nawet Kajzer nie popsuł ich planów, bał się tego niepotrzebnie, wszyscy okazali  się porządnymi ludźmi. To dobrze i dobrze wróży. Wiedział, że nie zaśnie ani na chwilę, ale trzeba było się chociaż częściowo rozebrać, aby w razie czegoś niespodziewanego nie wzbudzić podejrzenia u kogoś z zewnątrz, kto może nagle wkroczyć do baraku. Nie rozmawiali już, każdy sam w sobie przeżuwał te chwile czekania. (…) Roman leżał i czekał. Odpędzał myśli o tym, co było i minęło, i wybiegał naprzeciw temu, co coraz wyraźniej rysowało się przed nimi”[28].

Pomimo układu Sikorski-Majski, tj. porozumienia polsko-radzieckiego z 30 lipca 1941 roku, oraz polsko-sowieckiej umowy wojskowej z 14 sierpnia 1941, dostanie się do organizowanej na terenie ZSRR Armii Polskiej, będącej częścią składową Polskich Sił Zbrojnych, nie było rzeczą łatwą. Sprawy nie ułatwiał także ogłoszony przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRR dekret z 12 sierpnia 1941 r. o tzw. amnestii dla obywateli polskich pozbawionych wolności na terytorium ZSRR. Od samego początku jego realizacja była skutecznie utrudniana, a niejednokrotnie uniemożliwiana. Kilkadziesiąt tysięcy obywateli polskich wywiezionych w latach 1939-1941 z Kresów Wschodnich, więźniów Gułagu, łagrów i osad specjalnych oraz  żołnierzy wziętych do niewoli sowieckiej we wrześniu 1939 roku nadal nie miało możliwości dotarcia do Polskich Sił Zbrojnych. Zwalniano przede wszystkim wyczerpanych, chorych i słabych fizycznie Żydów oraz Ukraińców, a silnych i zdrowych Polaków zatrzymywano i zmuszano niejednokrotnie do niewolniczej pracy fizycznej ponad ich siły[29].
Wcieleni do Armii Czerwonej, przeniesieni do obozów pracy lub zesłani do łagrów Polacy musieli uzyskać w pierwszej kolejności zwolnienie i skierowanie od swojego przełożonego lub naczelnika obozu (tzw. komandirowki, bumagi). Sprawę komplikował fakt, iż nie był nim Polak, i pomimo odgórnych instrukcji często nie podejmował on żadnych działań. Sytuację tę opisuje następująco Stefan Büchner, w prośbie do naczelnika KECz garnizonu penzeńskiego:

„Towarzyszu majorze, my wszyscy jesteśmy Polacy z Zachodniej Ukrainy, rocznik poborowy 1919, przeniesieni z linii do strojbatalionów. Wiemy, że tworzy się Armia Polska w Sowieckim Sojuzie, że mamy prawo do niej wstąpić i chcemy się do niej dostać. Możemy zamiast tu rąbać drzewa, walczyć w swojej armii. To jest teraz nasze prawo i nasz obowiązek. Prosimy o skierowanie do Tockoje, gdzie organizuje się Armia Polska. O to was prosimy towarzyszu majorze”[30].

Brak skierowania od komandira batalionu był dużym ryzykiem. Polacy chcący dostać się na własną rękę do Polskiej Armii mogli zostać potraktowani jako zbiedzy wojenni i oskarżeni o dezercję. Musieli uważać, aby nie zostać złapanymi przez milicję albo patrol wojskowy. Zaraz po wypisaniu przez naczelnika komandirowki, Stefan Büchner wraz z pozostałymi uciekinierami udał się na stację w Penzie, w celu dostania się do pierwszego pociągu na wschód. Po uzyskaniu skierowania, przekupieniu wódką, papierosami oraz mydłem kolejarza i konduktora oraz po dostaniu się do pociągu na wschód, znaleźli się w  końcu na stacji w Tockoje. Tu sytuacja z przyjęciami okazała się krytyczna, dyżurujący podoficer oznajmiał, że „ze względu na brak miejsca i żywności nie może na razie ich przyjąć, muszą czekać, jak długo nie potrafi powiedzieć. W ich położeniu wyglądało to na nieoczekiwaną klęskę”[31]. Dodatkowo ich półwojskowe sowieckie umundurowanie wzbudzało nieufność i niechęć.
Wspomnienia owe nie mijają się z prawdą, co potwierdza „Pismo dowódcy Armii Polskiej gen. Andersa do gen. Panfiłowa” z 8 lutego 1942, w którym można przeczytać:

„Zastępca szefa mojego Sztabu melduje mi z południa, że nie otrzymał dotychczas potrzebnego ekwipunku dla jednostek nowo formowanych dywizji, że SAWO nie gwarantuje dostawy nawet minimum potrzebnego wyposażenia kwaterunkowego. Na moje telegramy i prośby dotyczące wydania pozwolenia, abym mógł zabrać na południe to wyposażenie, które mam w swojej dyspozycji tutaj, nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Umundurowanie i wyposażenie otrzymane z Anglii przez dwa miesiące leżało w magazynach w Buzułuku i Tockoje, podczas gdy rzesza ochotników do służby wojskowej, głodna i umierająca w zatrważających ilościach, oczekuje na pobór w porwanych łachmanach. Mam relacje, iż w niektórych punktach ześrodkowania Polaków umiera do 30 młodych ludzi dziennie. W takich okolicznościach trzeba ogromnego wysiłku i czasu, aby w ludziach doprowadzonych do kresu wytrzymałości wskrzesić cechy żołnierza-wojownika”[32].

Dzięki przypadkowemu zrządzeniu losu, Stefan Büchner spotkał w punkcie werbunkowym znajomego porucznika jeszcze z czasów lwowskich i uzyskał wraz z kolegami dokumenty skierowania do obozu zgrupowania Armii Polskiej w Tockoje, jednostki 6 Dywizji Piechoty i Ośrodka Zapasowego Armii. S. Büchner wspominając te wydarzenia:

„wiele lat później (…) myślał o tym, uświadamiał sobie, że mieli niewiarygodne szczęście balansując cały czas na krawędzi przepaści, bez świadomości niebezpieczeństw, z dziecinną ufnością, że osiągnął swój cel. Teraz o tym nikt z nich nie myślał. To co minęło oddalało się w niepamięć, chowało się w jakichś najgłębszych zakamarkach świadomości, skąd miało wypłynąć dopiero po wielu latach. Teraz żyli chwilą, odniesionym zwycięstwem i nadzieją na przyszłość”[33].

Stefan Büchner służył kolejno w  6. Dywizji Piechoty „Lwów” dowodzonej przez gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego, następnie w powstałej w marcu 1943 roku na bazie 5. DP. oraz 6 DP., 5. Kresowej Dywizji Piechoty pod dowództwem gen. Nikodema Sulika-Sarnowskiego. Po ukończeniu w kirgiskim Kara Suu podchorążówki artylerii dostał się do 5. Wileńskiego Pułku Artylerii Lekkiej dowodzonego przez ppłk Tadeusza Wirtha. Walczył w Iranie, Iraku, Egipcie i we Włoszech. W 1944 roku uczestniczył w walkach  o przełamanie Linii Gustawa pod Monte Cassino, jako członek zwiadu artyleryjskiego pułku.

IV. W wąwozie. Bitwa pod Monte Cassino

Po czterech latach wojennej tułaczki, jako dwudziestopięcioletni mężczyzna, Stefan Büchner trafił do Włoch, pod Monte Cassino[34]. Jako żołnierz II Korpusu Polski pod dowództwem gen. Władysława Andersa walczył o przełamanie Linii Gustawa. Kpr. pchor. Stefan Büchner pełnił funkcję członka zwiadu 5 Wil. P.A.L. 8 maja 1944 w wąwozie na drodze Inferno z narażeniem własnego życia, wraz z dowództwem i towarzyszami broni, ugasił w ciągu jednej godziny pożar i wybuch nowozelandzkiego składu amunicji ostrzelanego przez artylerię nieprzyjaciela. Rozkazem Dziennym nr 103 pkt. 5. z dnia 26 maja 1944 została udzielona mu pochwała:

„5 Wil. Pułk Artylerii Lekkiej
M. p. dnia 26.V.1944.
Rozkaz Dzienny Nr. 103
Pkt. 5. Pochwała.
Dowódca 5 K. D. P. udzielił pochwały:
ppłk. WIRTH Tadeuszowi - D-cy 5 Wil. P.A.L.
mjr. RYDZEWSKI Józefowi - 5 Wil. P.A.L.
por. HALICKI Honoriuszowi - 5 Wil. P.A.L.       
por. MASŁOWSKI Leonowi - 5 Wil. P.A.L.
ppor. PIERZCHAŁA Jerzemu - 5 Wil. P.A.L.
ppor. ZAMOJSKI Kazimierzowi - 5 Wil. P.A.L.
plut. KACZAN Antoniemu - 5 Wil. P.A.L.
kpr. pchor. BÜCHNER Stefanowi - 5 Wil. P.A.L.
kpr. MAZUR Leonowi - 5 Wil. P.A.L.
za to, że w dniu 8 maja 44 r. po zapaleniu składu amunicyjnego przez art. npla z narażeniem własnego życia ugasili w ciągu jednej godziny 20 klatek z pociskami art. 75 m/m do armat czołgowych, 8 skrzynek z amunicją do KB i 3 skrzynki z granatami ręcznymi, ratując w ten sposób cały skład amunicji art. /około 1400 ton materiału/ i życie wielu ludzi znajdujących się w tym czasie w rejonie składu. Ppłk WIRTH Tadeusz wykazał najwyższy zmysł organizacyjny ratownictwa – wszyscy zaś wymienieni wybitne poświęcenie”[35].

Zapamiętana przez Stefana Büchnera walka w „wąwozie śmierci” to przede wszystkim spełnienie żołnierskiego i moralnego obowiązku. Jak wspomina, nie było to wielkie wydarzenie, akt bohaterstwa, a kolejny zwykły dzień tuż przed nadchodzącą bitwą o Monte Cassino: „Nie ma w tym wielkich wydarzeń, jest to historia zwykłego dnia tuż przed bitwą”, wspomina S. Büchner  majowy dzień 1944 roku[36]. Wszystko działo się w wąwozie na drodze Inferno, tuż u podnóża klasztoru na Monte Cassino, w miejscu zamaskowanych stanowisk ogniowych oraz siedzibie dowództwa 5 Wileńskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Wspomina S. Büchner:

„Wszystko to działo się w maju tego pamiętnego roku 1944, tuż przed rozpoczęciem decydującej bitwy pod Monte Cassino, bitwy która była częścią wielkiej operacji skierowanej na zdobycie przez armie alianckie Wiecznego Miasta – Rzymu”[37]. Dookoła strome zbocza gór, urwiste wzgórza pokryte oliwkami. Wąska, zacieniona, chłodna i wilgotna szczelina wąwozu Inferno. Z jednej strony urwisko, z drugiej klasztor i szczyt Monte Cassino, głębiej masyw Monte Cairo, skąd „dochodził głuchy, stłumiony pomruk salw artylerii”[38].

8 maja 1944 roku polskiemu żołnierzowi towarzyszyły różne uczucia, najwięcej jednak było strachu w różnym stopniu nasilenia. Z początku to bliżej nieokreślony niepokój w wyznaniu: „Czułem jakiś niepokój. Męczyło mnie oczekiwanie wypadków, które miały nastąpić, których nieuniknione przyjście przyniosłoby mi odprężenie”[39]. Stopniowo wzmacniało go uczucie opuszczenia i odrętwienia wywołanego stanem oczekiwania: „Leżąc na kocach w wilgotnym i zatęchłym półmroku, czekałem”. W rezultacie pojawia się silny strach: „Po prostu bałem się, że zginę lub będę ranny (…) Właściwie bałem się nie tyle śmierci, co samego umierania (…) No i bałem się śmieszności, nawet po śmierci”[40].
Stałym towarzyszem losu żołnierza w wąwozie pod Monte Cassino był nieustający ostrzał artylerii nieprzyjaciela. Nawet, jeśli nie był to bezpośredni ogień to „Od Monte Cairo dochodził głuchy, stłumiony pomruk salw artylerii”. Nad głowami natomiast z „jękliwym poświstem” przelatywały pociski i pruły powietrze „jak stado niewidzialnych żurawi”. Nieustannie niósł się wśród gór  szum i „trzask wybuchów”. Dookoła sine słupy „dymu i piasku”. Gwizd, świst i wybuch, chwila przerwy i kolejna seria. Początkowo chaotycznie, z czasem systematycznie, gdy „Rozpoczął się ogień skuteczny”[41]. Coraz większy huk wzmocniony wybuchami amunicji, rwaniem się granatów i terkotaniem amunicji karabinowej, w efekcie którego został ostrzelany punkt opatrunkowy. Detonacje i szum pożaru,  zabici i ranni, wszystko objęte pożarem. W takich warunkach Stefan Büchner wraz z grupą żołnierzy podjął akcję ratowania składu amunicji. Bez zastanowienia spełnił swój żołnierski obowiązek.  Z łopatami i kilofami zasypywał piaskiem jedne skrzynki, inne wyciągał i przenosił do tyłu, odstawiał też na bok beczki, jak się później okazało, z benzyną. Znaleźli się także i tacy, którzy temu wszystkiemu tylko się przyglądali, „spokojnie obserwowali całe widowisko”. Stefan Büchner wraz z każdym z tych żołnierzy, pomimo zmęczenia i otępienia, „odrzucał niebezpieczeństwo, nie godził się na nie, nie przypuszczał do siebie myśli o tym, co ono niesie”. Po akcji udał się do obozu na dyżur do dowództwa i na spoczynek. Zaczęło się kolejne oczekiwanie, tym razem żołnierze czekali „na przyjście tego, co każdy już przeżył w swojej wyobraźni”[42]. Jednak przede wszystkim trzeba było pracować, Stefan Büchner wspomina: „Rwiemy ziemię gołymi palcami, aż złazi skóra, wywalamy piasek z worków. Pułkownik wydaje rozkazy”[43]. Nie było już czasu na strach, sen, głód czy wątpliwości, aby wszystko mogło wrócić do normy i na nowo zacząć się toczyć własnym torem, należało zrealizować wyznaczone zadania. „A więc wyglądało to tak, a ściślej mówiąc, tak jak to wtedy zobaczyłem i przeżywałem”[44], wspomina bohater relacjonujący opisane wydarzenia. Stefan Büchner tak jak to zobaczył i przeżył, jako młody żołnierz, tak też zapamiętał, by po latach dać świadectwo doświadczonej i tworzonej przez siebie historii. Historii bez patosu i heroizmu, ale prawdziwej i wciąż żywej w pamięci jej bohaterów i świadków. Należy zatem powiedzieć, iż Stefan Büchner to osobowość na miarę swoich czasów.
Niewątpliwie z walkami pod Monte Cassino związane były najsilniej doświadczone przeżycia wojenne. W pamięci najważniejsze miejsce zajęła walka o obronę klasztoru. Potwierdzają to wyznania  S. Büchnera:

„Potem bella Italia. Tu już cały czas naprzód. (…) Naprzód! Tam pod Górą nie było wesoło. Nikomu. Niemcom chyba też nie. To było ponure, czerwono-czarne, walka o każdy krok tam i z powrotem. Potem cisza i powrót do życia. Znowu naprzód, w ciągłym ruchu, kurzu, słońcu. Bella Italia, belle ragazze. Aż do tej tu chałupy. Rany i odznaczenia – oto co zdobył w tym czasie. Co dalej? Powrót? Jaki powrót? Nie ma powrotu do miejsca, do tego miasta wśród wzgórz,  z topolami na głównej ulicy. Nie ma powrotu do minionego czasu, do tych tam pozostawionych, o których już od pięciu lat niczego nie wie. Nie ma co o tym myśleć. Powrót, taki zwyczajny, osiągalny, to jutro do baterii”[45].

V.  Po wojnie. Powrót do korzeni

Stefan Büchner, po wielu dramatycznych przejściach, zakończył wojnę w stopniu podporucznika. Natomiast w 2000 roku otrzymał nominację na stopień porucznika. Za bohaterską walkę za ojczyznę odznaczony został Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino. Po demobilizacji  w 1946 zdecydował się na powrót do Polski z emigracji w Wielkiej Brytanii. Przez Czerwony Krzyż podjął poszukiwania swojej familii oraz najbliższych. Rodzinę oraz narzeczoną Janinę z domu Schmid, przybyłą tu w 1944 z Kresów Wschodnich,  odnalazł na południu Polski, w byłym mieście galicyjskim Tarnowie. Po zakończeniu kariery żołnierskiej Stefan Büchner postanowił kontynuować przerwane studia na Politechnice Gdańskiej, następnie na Politechnice Krakowskiej. Tutaj też w 1952 roku uzyskał tytuł magistra inżyniera budownictwa, co pozwoliło mu na podjęcie pracy zawodowej. Jeszcze przed uzyskaniem dyplomu, poślubił w 1949 roku swoją narzeczoną i na stałe związał sięz Tarnowem. Żył tu i pracował do śmierci w 2007 roku.
Stefan Büchner swoje wspomnienia opisał po latach w krótkich prozach drukowanych w „Dzienniku Polskim” (1991) oraz w „Dekadzie Literackiej” (1993). W redakcji znajduje się jego zbiór opowiadań „Opowiadania o życiu i śmierci” (1995), dwa tomy pamiętników „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929” (1990) oraz  „Pamiętniki i wspomnienia. Rok pod czerwoną gwiazdą. Brody 1939-1940” (1992) a także epistolografia i tłumaczenia z poezji angielskiej „William Blake i inni poeci angielscy” (1993). Potrzeba utrwalenia wspomnień wojennych zrodziła się właściwie dopiero w ostatnim okresie życia Stefana Büchnera, który raczej niechętnie podejmował na co dzień tę tematykę[46]. Być może było to spowodowane silną potrzebą dania świadectwa swoim czasom i doświadczeniom, które powoli zaczęły przegrywać z pamięcią oraz mijającym czasem[47]. Niejako wyjaśnia to Stefan Büchner w jednym ze swoich opowiadań:

„To dawne, to stare odpływało coraz dalej, stawało się coraz mniej realne. Lata, lądy i morza zostawił za sobą w tej drodze do domu, która teraz jakby zaczęła wytyczać kierunek powrotu. Przypomniał sobie trzydziesty dziewiąty rok, gdy jako smarkaczowaty podchorąży cofał się wraz z innymi przed kołami tego stalowego walca, co przetaczał się po nich z zachodu na oczach bezczynnego świata, by spotkać się z szaro-czerwonym potopem ze wschodu, tam właśnie pod jego miastem. To był najcięższy okres. Decydujący. Kto wtedy się załamał był stracony. Potem, można powiedzieć, już szło normalnie. Nawet pustynia tam pod Tobrukiem nie była straszna. Zaczęła się regularna, fachowa robota. Bez efektownych zwycięstw, ale i bez uczucia niższości. Przeciwnik był dobry, po prostu trzeba było być lepszym”[48].

Tytułem zakończenia

Wstępne rozpoznanie prozy wspomnieniowej Stefana Büchnera pozwala na sformułowanie kilku wniosków. Ze względu na charakter artykułu mają one status pewnych założeń, wymagających szczegółowych analiz. Zatem na obecnym etapie badań nie roszczę sobie pretensji do czynienia uogólnień, wyznaczam natomiast pewne punkty, wskazujące możliwy kierunek dalszych dociekań.
Zarówno I wojna światowa jak i II wojna, miały istotny wpływ na życie i osobowość Stefana Büchnera. Od chwili odejścia do rezerwy, zaraz po zakończeniu działań militarnych w 1945 roku, S. Büchner starał się traumatyczne przeżycia pozostawić za sobą, jednak wspomnienia nie dawały mu spokoju i stale powracały, by wreszcie po blisko pięćdziesięciu latach zostać spisane. Doświadczenia wojenne obecne w życiu S. Büchnera od jego najmłodszych lat nie potrafiły zdominować jego wewnętrznego świata przeżyć i wartości. Pomimo „zarażenia wojną” i bolesnych doświadczeń lat okupacji S. Büchner pozostał wierny sobie, swojej rodzinie oraz ojczyźnie. Swój obowiązek spełnił oddaną służbą, a następnie podjętą pracą zawodową oraz wychowaniem rodziny. Wojna nie zniekształciła obrazu świata, który dla Stefana Büchnera nadal jawił się jako nieodgadniony. Zatem poznawanie jego piękna i tajemnicy nadal stanowiło wielką życiową przygodę. S. Büchner cenił naturę i świat właśnie w ich prostocie, dlatego nigdy nie poświęcił się sprawom polityki ani kwestiom społecznym. Pasją jego był człowiek i otaczająca go przyroda. Pielęgnował natomiast w sobie pamięć Kresów Wschodnich, Lwowa, oraz walki o Monte Cassino, jako niezaprzeczalnych wartości w jego życiu, stanowiących o jego tożsamości.

Konkluzją niniejszych rozważań będzie stwierdzenie, iż ze wspomnień Stefana Büchnera wyłania się portret człowieka „zarażonego wojną”, a zatem nie tylko żołnierza II wojny światowej, czy bohatera spod Monte Cassino 1944. To obraz człowieka, który od najmłodszych lat srodze został doświadczony przez ból, śmierć, głód i strach. Lata wojny i okupacji zabrały mu beztroskie dzieciństwo, wymogły rezygnację z podjętych studiów, zmusiły do wczesnego podjęcia pracy zarobkowej, kazały służyć w obcej armii i otarły wielokrotnie o śmierć najbliższych, a nierzadko swoją. Wszystko to jednak nauczyło S. Büchnera odpowiedzialności za siebie i innych oraz przede wszystkim szacunku do życia. W obliczu zagłady Stefan Büchner nie stracił wiary, ani poczucia godności. Własna tożsamość indywidualna oraz narodowa okazały się rzeczą chronioną na równi z życiem.
Na podstawie spisanych przez Stefana Büchnera wspomnień można powiedzieć, iż w jego przekonaniu wierność samemu sobie dopełniona zostać musi wiernością prawdzie oraz wiernością historii. Tylko dzięki temu, człowiek może powstrzymać osobistą zagładę, tak w wymiarze fizycznym, jak i moralnym.
Małgorzata Budzik

Bibliografia:
I. Rękopisy z archiwum córki Stefana Büchnera, Anny Błachuty:
1. Büchner S., „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929”, Tarnów 1990.
2. Büchner S., „Pamiętniki i wspomnienia. Rok pod czerwoną gwiazdą. Brody 1939-1940”, Tarnów 1992.
3. Büchner S., „Wołga, Wołga…” Tarnów, 1992.
4. Büchner S., „William Blake i inni poeci angielscy”, Tarnów 1993.
5. Büchner S., „Opowiadania o życiu i śmierci”, Tarnów 1995.

II. Publikacje Stefana Büchnera
1. Büchner S., Pierwszy lot, „Dekada Literacka” 1993, nr 20 (80), s. 6-7; oraz dostępny w sieci:
<http://www.dekadaliteracka.pl/?id=3002&siteback=archiwum>.
2. Lubicz E., W wąwozie pod Monte Cassino (1-3), „Dziennik Polski” 1991, nr 111-113.

III. Publikacje o Stefanie Büchnerze
1. Budzik M., Stefan Edward Büchner, [w:] „Encyklopedia Tarnowa”,  red. Andrzej Niedojadało, Tarnów 2010.
2. Budzik M., O wspomnieniach wojennych Stefana Büchnera (1919-2007), „Rocznik Tarnowski”, Tarnów 2009, nr 14, ss. 209-211.
3. Moje Monte Cassino, Tarnów.pl, 2006, dostępny w sieci:
4. Lis R., W wąwozie śmierci, „Temi” 2004, nr 19, s. 12.
5. Wspomnienia córki Stefana Büchnera Anny Błachuty oraz przyjaciela Marka Popiela. Specjalnie na potrzeby publikacji zapisane i autoryzowane.

IV. Inne publikacje
1. Kolbuszowski J., Kresy, Wrocław 2006.
2. „Monitor Polski” z czerwca 1919 roku, numery 122-142.
3. Zajas A., Materiały archiwalne dotyczące Armii Polskiej w ZSRR zgromadzone
przez Wojskową  Komisję Archiwalną, [w:] „Biuletyn Wojskowej Służby Archiwalnej” 2007 Nr 29, ss. 83-107. Dostępny w sieci:
<http://www.caw.wp.mil.pl/biuletyn/b29/b29_5.pdf>
                                     
[1] Odwołuję się w tym miejscu do następujących tekstów Stefana Büchnera udostępnionych z archiwum Autora, dzięki życzliwości jego córki, Anny Błachuty: „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929” (Tarnów 1990), „Pamiętniki i wspomnienia. Rok pod czerwoną gwiazdą. Brody 1939-1940” (Tarnów 1992), „Wołga, Wołga…” (Tarnów, 25.02.1992) oraz „Opowiadania o życiu i śmierci” (Tarnów 1995).
[2] Przy czym zaznaczyć w tym miejscu pragnę, iż badania nie mają charakteru faktograficznego. Rekonstrukcja postaci jest fragmentaryczna i odbywa się wyłącznie na podstawie autobiograficznych zapisków pochodzących z pamiętników oraz z opowiadań (również opartych na osobistych doświadczeniach Autora). Zatem literacki portret różnić się może nieznacznie od portretu rzeczywistego poświadczonego autentycznymi dokumentami. Dodam, iż wkrótce ukaże się przygotowywana przeze mnie biografia  Stefana Büchnera.
[3] Tamże.
[4] Określenia, którymi posługuję się w artykule pochodzą bezpośrednio z pamiętników Stefana Büchnera. Ze względu na przyjętą perspektywę badawczą rekonstruuję w tym miejscu punkt widzenia autora „Szczeliny”. Por. fragment pochodzący z maszynopisu „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929” (Tarnów 1990): „Czasy były niespokojne, niby wojna się skończyła, ale państwo polskie dopiero się tworzyło, nie miało jeszcze określonych granic, a we Lwowie niedawno wygasły walki z Ukraińcami. W czasie tych walk miasto było oblężone i podzielone, ludzie po obu stronach strzelali i ginęli. Życie było ciężkie, niepewne i niebezpieczne”.
[5] „Monitor Polski” nr 123 z dnia 4 czerwca 1919 roku oraz nr 124 z dnia 5 czerwca 1919.
[6] „Monitor Polski” nr 127 z dnia 10 czerwca 1919 roku.
[7] S. Büchner „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929” (Tarnów 1990).
[8] Tamże.
[9] Tamże.
[10] Tamże.
[11] Tamże.
[12] Tamże.
[13] S. Büchner „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929” (Tarnów 1990).
[14] Stefan Büchner „Pamiętniki i wspomnienia. Rok pod czerwoną gwiazdą. Brody 1939-1940” (Tarnów 1992).
[15] Tamże.
[16] Tamże.
[17] Por. S. Büchner „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929” (Tarnów 1990). We wspomnieniach S. Büchnera czytamy: „Zaczęły szerzyć się pogłoski o działalności niemieckiej piątej kolumny i jakichś ruchach bliżej nie określonych band ukraińskich, ale tylko gdzieś na oddalonych wsiach. W samych Brodach nie obserwowało się bałaganu i rozprzężenia, działały władze i policja”.
[18] Tamże.
[19] Tamże.
[20] Por. S. Büchner „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929” (Tarnów 1990). We wspomnieniach S. Büchnera czytamy: „Myślę, że trzeba tu wyjaśnić rodowód i znaczenie stosowanego przeze mnie terminu „sowieci” /Liczba pojedyncza – „sowiet”/. Słowo to wprowadzone do użytku spontanicznie, bardzo trafnie określało to, co urzędowo nazywało się „narodem radzieckim”. Sowietem mógł być tak Rosjanin jak i Gruzin czy Kirgiz, nie mógł nim być w żadnym wypadku miejscowy, bez względu na narodowość. Tym określeniem oddzielało się od nowych przybyszów ze wschodu i chroniło własną tożsamość. Słowa tego, skazanego na nieistnienie w Polsce Ludowej, nie można pominąć pisząc o czasach i miejscu,
w których rozgrywa się akcja tych wspomnień”.
[21] Tamże.
[22] Tamże.
[23] Por. S. Büchner „Pamiętniki i wspomnienia. Rodowód. Kraj lat dziecinnych. Lubaczów 1919-1929” (Tarnów 1990). We wspomnieniach S. Büchnera czytamy: „We wszystkich lokalach wyborczych było ustawione po kilka parawanów /czerwonych/, które nadgorliwi chcieli demonstracyjnie omijać. I tu ku ich zdziwieniu, siedzący w każdym lokalu sowiet przypominał, że wybory są tajne i trzeba iść obowiązkowo za parawan. To tajemnicze przestrzeganie tajności wyjaśniło się w  opowiadaniu ciotki mojej przyszłej żony, Jadwigi Welenowskiej. Była ona nauczycielką i została powołana do komisji wyborczej. Po zamknięciu lokalu przystąpiono do opróżnienia urn i liczenia głosów. Przewodniczący komisji sowiet widząc pokreślone i popisane karty wyborcze, zażądał odczytania mu treści napisów. Padł blady strach na członków komisji, bo na kartach były po polsku i po ukraińsku wyzwiska i obelgi pod adresem władz „i w ogóle”. Ale trzeba było czytać, chociaż głos się łamał w oczekiwaniu na najgorsze. I tu nastąpiło coś całkiem niespodziewanego: Sowiet zaśmiał się i wykrzykiwał z uznaniem: „Toczno kak u nas, toczno kak u nas!” Gdy już mu się znudziła ta zabawa, kazał spalić wszystkie karty i podpisać zawczasu przygotowany protokół z wynikami 99,92 % frekwencji i głosy na poszczególnych kandydatów rozłożone zgodnie z ich ważnością i kolejnością na karcie wyborczej. Wynik referendum w sprawie przyłączenia nowych ziem do Sowieckiej Ukrainy nie budził też żadnych wątpliwości, że lud pracujący poparł z entuzjazmem i jednogłośnie tę decyzję. W ten sposób staliśmy się obywatelami pierwszego w świecie państwa robotniczo-chłopskiego”.
[24] Tamże.
[25] Stefan Büchner „Pamiętniki i wspomnienia. Rok pod czerwoną gwiazdą. Brody 1939-1940” (Tarnów 1992).
[26] Stefan Büchner „Wołga, Wołga…” (Tarnów, 25.02.1992)
[27] Tamże.
[28] W cytowanym opowiadaniu główny bohater ma na imię Roman. Ze względu na autobiograficzny charakter opowiadań Stefana Büchnera utożsamiam go z autorem tekstu.
[29] Stefan Büchner „Wołga, Wołga…” (Tarnów, 25.02.1992)
[30] Tamże.
[31] Tamże.
[32] CAW, Kol. WKA, sygn. VIII.800.26.2, Pismo dowódcy Armii Polskiej gen. Andersa do gen. Panfiłowa, Buzułuk, 8 lutego 1942 r., s. 28. Cytat podaję za: Agnieszka Zajas, Materiały archiwalne dotyczące Armii Polskiej w ZSRR zgromadzone przez Wojskową Komisję Archiwalną, [w:] „Biuletyn Wojskowej Służby Archiwalnej” 2007 Nr 29, ss. 83-107. Dostępny w sieci: <http://www.caw.wp.mil.pl/biuletyn/b29/b29_5.pdf>.
[33] Stefan Büchner „Wołga, Wołga…” (Tarnów, 25.02.1992)
[34] Por. M. Budzik, O wspomnieniach wojennych Stefana Büchnera (1919-2007), „Rocznik Tarnowski”, Tarnów 2009, nr 14, ss. 209-211.
[35] Wyciąg z „5 Wil. Pułk Artylerii Lekkiej M. p. dnia 26.V. 1944. ROZKAZ DZIENNY Nr. 103 Pkt. 5. Pochwały. Podstawa: Rozkaz Ogólny 5 K.D.P. Nr. 38 punkt. 1.”. Wyciąg sporządzony przez autora w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie (IPMS) i zamieszczony w tekście cytowanej relacji.
[36] Z listu Stefana Büchnera do Redaktora „Dziennika Polskiego” zamieszczonego we fragmencie przed publikacją: E. Lubicz, W wąwozie pod Monte Cassino, „Dziennik Polski” 1991, nr 111-113.
[37] Wszystkie cytaty w cz. IV artykułu podaję za: Edward Lubicz, W wąwozie pod Monte Cassino, „Dziennik Polski” 1991, nr 111-113.
[38] Tamże.
[39] Tamże.
[40] Tamże.
[41] Tamże.
[42] Tamże.
[43] Tamże.
[44] Tamże.
[45] Stefan Büchner, „Szczelina”, [w:] „Opowiadania o życiu i śmierci” (Tarnów 1995).
[46] Wspomina o tym w rozmowie córka Stefana Büchnera, Anna Błachuta oraz jego przyjaciel, Marek Popiel.
[47] Zaplanowany przez Stefana Büchnera cykl pamiętników niestety nie został zrealizowany. Wspomnienia obejmują jedynie lata 1919-1929 oraz 1939-1940.
[48] Stefan Büchner, „Szczelina”, [w:] „Opowiadania o życiu i śmierci” (Tarnów 1995).