poniedziałek, 9 lipca 2012

Dziennikarka na tropach historii (wywiad z Agnieszką Patridge)

Rozmowa z Agnieszką Partridge, autorką dokumentów i reportaży telewizyjnych poświęconych historii oraz sztuce o zapomnianych wojennych mogiłach, pasji poznawania świata oraz …o byciu kobietą. Rozmawiała Małgorzata Budzik.

Małgorzata Budzik: Miałam okazję przeczytać ostatnio Pani książkę „Otwórzcie bramy pamięci”, poświęconą cmentarzom wojennym z lat 1914-1918 w Małopolsce. Co stało za decyzją wyboru takiego, a nie innego tematu?

Agnieszka Patridge: Nie miałam innego wyjścia. Wychowałam się nieopodal jednego z takich cmentarzy. Jako dziecko często chodziłam tam na spacery z rodzicami i kolegami szkolnymi. Będąc zastępową drużyny zuchowej, potem jako harcerka, często uczestniczyłam w akcjach sprzątania cmentarza organizowanych przez nauczycieli Szkoły Podstawowej w Pleśnej. To wszystko zaowocowało ogromnym poszanowaniem mogił żołnierzy z I wojny światowej, których nigdy nie traktowało się jako obce. Słuchałam opowieści żyjących jeszcze wtedy, w latach 70. ubiegłego wieku, świadków wydarzeń wojennych, obserwowałam stopniową degradację tych cmentarzy, z których „ginęły” żeliwne krzyże, gdzie przewracano nagrobki. Już wtedy i wiele lat później postanowiłam, że będę bronić tych cmentarzy, na wszelkie możliwe sposoby. Przykładem w tym względzie służył mi mój nieżyjący już ojciec Jacek Gąciarz, który rozpoczął w gminie Pleśna systematyczną akcję remontów wojennych cmentarzy. Od 1989 roku, gdy zaczęłam pracę w krakowskim Ośrodku Telewizyjnym zrealizowałam kilkanaście felietonów i reportaży poświęconych tej tematyce, starając się zwrócić uwagę na problem dewastacji cmentarzy i upowszechniać wiedzę na temat ich historii. Nic więc dziwnego, że naturalną koleją rzeczy było zebranie w formie książkowej wiedzy, zdobytej przeze mnie przez lata.

M.B.: Wraz z austriacką organizacją „Czarny Krzyż” odwiedzała Pani oraz dokumentowała cmentarze na terenie całej Europy. Uczestniczyła Pani również w odnawianiu opuszczonych i zaniedbanych mogił w Galicji, działając w Stowarzyszeniu Aktywnej Ochrony Cmentarzy z I wojny światowej. To dość specyficzne zajęcie, jak dla kobiety…

A.P.: To, że jestem kobietą nie ma tu żadnego znaczenia. Jest wiele takich jak ja, by wspomnieć Urszulę Oettingen, autorkę historii cmentarzy z I wojny światowej w regionie kieleckim, czy Beatę Nykiel, która pisała o cmentarzach skupionych wokół Krakowa, albo Urszulę Forczak-Brataniec, która będąc pracownikiem naukowym Politechniki Krakowskiej, opracowuje studia krajobrazowe cmentarzy. Bardzo chętnie jeżdżę z Austriakami z „Czarnego Krzyża” po Polsce i po krajach sąsiednich, wizytując wojenne groby. Imponuje mi niezwykła chęć ochronienia tego kawałka dziedzictwa kulturowego i ich skuteczność w tym względzie. Przecież gdyby nie pionierskie wizyty w Małopolsce dr. Hugo Muellera, przedstawiciela tej organizacji pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, niektóre z cmentarzy uległyby zupełnemu zniszczeniu. To Austriacy zobligowali nas do kompleksowych remontów i niejako uświadomili nam, że ta historia jest wspólna, że na tych cmentarzach leżą także nasi przodkowie. To oni również zwrócili uwagę, że cmentarze wojenne mogą być przedmiotem turystyki sentymentalnej. Działalność w Stowarzyszeniu Aktywnej Ochrony Cmentarzy z I wojny światowej to doświadczenie niezwykłe. Stowarzyszenie skupia ludzi autentycznie oddanych cmentarzom. Co roku organizuje w Gorlicach konferencje „Znaki Pamięci”, dzięki którym popularyzuje często bardzo specjalistyczną wiedzę o I wojnie światowej. Przynajmniej raz w roku przygotowuje akcję porządkowania wybranych cmentarzy. Sięgamy wtedy wszyscy po sekatory, piły, grabie i czyścimy groby z roślinności. Tak było m. in. na cmentarzach w Stadniczówce, Wirchnem, Szczepanowie i Ropicy Ruskiej. Współpracujemy także z naszym odpowiednikiem na Słowacji – Stowarzyszeniem KVH Beskydy z Humennego.

M.B.: Ma znaczenie, że jest Pani kobietą?

A.P.: Żadnego. Pracuję tak samo jak mężczyzna. Nie oszczędzam się.

M.B.: W naszej kulturze funkcjonuje dość mocno zakorzeniony stereotyp. Wiadomo, co nam przystoi, a co nie!

A.P.: O, to już dawno uległo zmianie. W Stowarzyszeniu działa kilka kobiet i świetnie sobie radzą zarówno naukowo, jak i wytrzymałościowo. A poważnie, coraz więcej kobiet zajmuje się tematyką, która kiedyś zarezerwowana była dla mężczyzn. Czasy się zmieniły. Do pewnych rzeczy znuszało nas życie. Proszę sobie wyobrazić, że moja prababcia Maria, w roku 1915 została zpędzona przez oddział austriacki do grzebania tych biedaków, którzy polegli na polach Pleśnej. To była powszechna praktyka, bo mężczyźni byli przecież na wojnie. W mojej rodzinie do dziś żywa jest jej relacja o tym, jak na pobojowisku natknęła się na zwłoki Tyrolczyka, rannego w brzuch, którego zastygłe błękitne oczy wpatrywały się w położony w dali drewniany kościółek. Ona tego człowieka pochowała w prowizorycznym grobie i ten widok pozostał w niej na całe życie.

M.B.: Dobrze. Przejdę zatem do następnego pytania. Jakie uczucia towarzyszyły Pani podczas wielu godzin, dni, czasem nawet tygodni spędzonych na różnych nekropoliach?

A.P.: Przede wszystkim czuję współczucie i ogromny żal, że to musiało się wydarzyć. Zawsze myślę o rodzinach tych poległych. Niektóre z nich nigdy nie dowiedziały się, gdzie leżą ich najbliżsi, wielu nie miało szans odwiedzić grobu swego ojca, brata, syna. To nie dotyczy tylko obcokrajowców, ale także Polaków. Trzeba przypomnieć, że na tych cmentarzach, zwłaszcza w rejonie Tarnowa, leżą także Polacy z Legionów Piłsudskiego. Byłam świadkiem takich odwiedzin po latach na grobach pradziadków. Na nasze cmentarze przyjeżdżali krewni poległych z Mazur, Wieliczki. Bywały także rodziny z Austrii, Czech, Niemiec. Zawsze były to bardzo emocjonalne spotkania. Wizyta na wojennym cmentarzu jest także przeżyciem romantycznym, tak jak chcieli tego wojenni architekci. Surowość kamienia i żeliwa łagodzi specjalnie dobrana roślinność: dęby, lipy, jesiony, dławisz i barwinek. To wizyta w leśnym czy przydrożnym sanktuarium. Przygotowując książkę, podróżowałam po cmentarzach z jej współautorem, fotografikiem Rafałem Korzeniowskim, który nie znając wcześniej tych miejsc, wchodził do nich zauroczony spokojem i melancholią. Tę atmosferę przekazał na zdjęciach ilustrujących naszą książkę. Kiedy odwiedzam zniszczone, zarosłe chaszczami cmentarze, czuję też ogromną złość na to, że sami dopuściliśmy do takiej degradacji. Takich cmentarzy jest jeszcze wbrew pozorom sporo. I tu dochodzi do paradoksu. Nam, Polakom, bardzo zależy, aby nasze mogiły były respektowane na Wschodzie, w Niemczech, czy w innych krajach, a sami nie potrafimy zadbać o groby poległych obcokrajowców. Zasłaniamy się obcością tych grobów, traktujemy je jako groby zaborcze, ale dziś łatwo możemy sprawdzić, kto jest pochowany w tych mogiłach. Istnieje obszerna trzytomowa monografia „Polegli w Galicji Zachodniej” Jerzego Drogomira, spisy poległych są w internecie i łatwo można sprawdzić, jak wielu żołnierzy o polsko brzmiacych nazwiskach, służących w zaborczych armiach pochowanych jest na tych cmentarzach. Zachęcam do tej lektury. W ogóle marzy mi się takie centrum pomocy w poszukiwaniu przodków poległych podczas I wojny światowej. Niedawno pomagałam odszukać miejsce pochówku pradziadka jednej z moich znajomych. Z powodzeniem. Poza tym, nasz galicyjski kompleks cmentarzy jest unikatowym na skalę europejską zbiorem świetnych projektów architektonicznych i rzeźbiarskich. Został znakomicie pomyślany i zrealizowany. Chylę czoła przed tymi, którzy je zaprojektowali.

M.B.: Naprawdę lubi Pani historię, tradycję oraz symbolikę funeralną?

A.P.: Nie wyobrażam sobie życia bez historii, bo bez niej nigdy nie zrozumiemy tego, co się dzieje wokół nas. Czytam teraz ciekawą książkę o architekturze historyzmu i eklektyzmu, której autorka Zdzisława Tołłoczko tłumaczy pochodzenie stylów i ich istotę, w powiązaniu z ważniejszymi wydarzeniami historycznymi danego okresu. Tradycja, to nasza tożsamość, a więc trzeba ją powtarzać i przekazywać, aby nie zanikła. Pod względem wrażliwości na symbole cofnęliśmy się do epoki kamienia łupanego. Jeszcze sto lat temu przeciętnie uważający na lekcji gimnazjalista potrafił bezbłędnie rozpoznawać istniejące wokół niego style architektoniczne, symbole i alegorie. Idąc ulicą „czytał” je na fasadach kamienic, świetnie interpretował malarstwo i sztukę w ogóle. Nasza epoka uprościła wszystko, pośpiech spowodował ogólną bylejakość, niechęć do głębszych studiów, architektura została odarta z symbolu. Proszę porównać cmentarz XIX-wieczny np. krakowskie Rakowice, nagromadzenie pomników, rzeźb, mnogość form nagrobkowych zaczerpniętych z wielu epok – z jakimkolwiek cmentarzem współczesnym zapełnionym taflami lastrika i tandetnego, sztucznego marmuru. Rzeźby nagrobne napotykamy dziś bardzo rzadko. Króluje plastikowy kicz. A więc odpowiedź brzmi: „tak!”. Bardzo cenię sobie tradycję, symbolikę, także tę dotyczącą pochówków i mam nadzieję, że poprzez moje publikacje uwrażliwię choć niewielką część społeczeństwa na rolę symbolu i jego znaczenie w naszej kulturze.

M.B.: W Tarnowie zachowały się dwie zabytkowe kwatery z okresu I wojny światowej. Proszę powiedzieć, co kryją tajemnicze numery 200 oraz 201?

A.P.: Austriaccy żołnierze z Kriegsgreaber Abteilung, czyli z Oddziału Grobów Wojennych, który porządkował od roku 1916 pola bitewne, byli bardzo zdyscyplinowani i systematyczni. Mając do czynienia z prawie dziewięćdziesięcioma tysiącami poległych (stan z roku 1918), musieli postępować metodycznie. Podzielili więc obszar Galicji Zachodniej na dziesięć okręgów i jedenasty, wydzielony – Twierdzę Kraków. Na tym obszarze wybudowali 401 cmentarzy. Okręg Tarnowski miał numer VI i zarządzał nim rzeźbiarz Heinrich Scholz. Na naszym terenie powstały 62 obiekty oznaczone numerami 145-206. Zatem numery 200 i 201 to kolejne liczby w ogólnej numeracji. Dotyczą cmentarza garnizonowego w Chyszowie oraz kwatery wojennej na cmentarzu żydowskim. Na marginesie należy dodać, że w Tarnowie istnieją jeszcze resztki dwu innych cmentarzy – starego garnizonowego nr 202, położonego na skwerku za stacją benzynową u zbiegu ulic Szpitalnej, Matki Bożej Fatimskiej i Krzyskiej, który to cmentarz upamiętniony został niedawno kamiennym pomnikiem. Natomiast na cmentarzu w Krzyżu znajduje się kamienny rosyjski krzyż, pozostałość po kwaterze nr 203.

M.B.: Interesuje się Pani jeszcze czymś innym, poza odkrywaniem zapomnianych żołnierskich grobów oraz poznawaniem i opisywaniem świata wojennych cmentarzysk?

A.P.: Wieloma rzeczami. Jestem dziennikarką, od 23 lat pracuję w TVP Kraków, pracowałam też w Radiu Kraków, pisałam dla „Przekroju”, „Domu i Wnętrza”, „Gazety Antykwarycznej. SZTUKI.PL”. Każdy mój zawodowy dzień przynosi coś nowego i trudno tu wymienić tematy, którymi się zajmowałam. Ostatnio pracuję nad dwoma większymi projektami poza telewizyjnymi. Pierwszy, to stworzenie fotograficznej kroniki mojej ukochanej Pleśnej w XX wieku. W tym celu odwiedzam najstarsze rody pleśnieńskie i zbieram prywatne fotografie ludzi, budynków, sytuacji i życia w nieodległych przecież czasach. Chcę pokazać, jak bardzo zmieniła się nasza egzystencja, co starciliśmy, a co zyskaliśmy. Z tych zdjęć wyłania się niezwykłe oblicze wiejskiego życia w cieniu Tarnowa. Mam już spore archiwum, które zostanie opublikowane w formie książkowej i najpewniej również internetowej być może jeszcze w tym roku. Drugi projekt, to kolejna praca badawcza, a zarazem pionierska, bo jeszcze nikt w Polsce nie sięgnął do tego tematu. Zamierzam opisać historię posadzek ceramicznych z XIX i XX wieku, tych pięknych kamiennych „dywaników”, które zachowały się jeszcze w kamienicach, szpitalach, szkołach i kościołach Krakowa. Jest ich jeszcze sporo także w Tarnowie, ale znikają zamieniane na nowoczesne gresy.

M.B.: W obszarze Pani zainteresowań znajduje się również historia sztuki.

A.P.: Jestem historykiem sztuki – muzeologiem. Kiedyś chciałam, żeby był to mój pierwszy kierunek studiów, ale nad ideałami zwyciężył pragmatyzm. Poszłam na studia, po których miałam zagwarantowaną pracę. Jednak jak zawsze, to życie dopisało ciąg dalszy i zamiast pracować w szkole, zostałam dziennikarką i historyczką sztuki, choć trochę okrężną drogą. Wszystkie te doświadczenia bardzo mi się w życiu przydały.

M.B.: Świadczyć o tym może m.in. odkrycie przez Panią grobu austriackiego grafika i malarza Franza Hofera oraz współorganizowanie w Polsce wystaw jego prac…

A.P.: Franz Hofer, to moja wielka miłość. O jego istnieniu dowiedziałam się poprzez „ukierunkowany przypadek”. Wiele lat temu, przebywając w Wiedniu, poszłam na wystawę grafiki, gdzie zetknęłam się z jego twórczością. Dowiedziałam się też, że jako żołnierz 14. pułku piechoty austriackiej zginął w operacji gorlickiej. Po wielu miesiącach poszukiwań udało się znaleźć jego grób w Lichwinie pod Tarnowem, gdzie jest pochowany na cmentarzu nr 187. To zaledwie 7 km od mojego domu rodzinnego! W roku 2006, dzięki przychylności Konsulatu Generalnego Austrii w Krakowie i Neue Galerie w Grazu, udało się pokazać zachowane grafiki Hofera w Polsce. Wystawa pokazywana była w Tarnowie, Krakowie, Wrocławiu i Katowicach. Każdą z ekspozycji przygotowałam i aranżowałam sama przy pomocy kilku placówek m.in. Muzeum Okręgowego w Tarnowie i austriackiego Forum Kultury. Przydały się tu umiejetności zdobyte na studiach i podczas wydawania książki o symbolice cmentarzy.

M.B.:Wykorzystam w tym miejscu Pani estetyczną wiedzą oraz doświadczenie, bowiem nurtuje mnie już od dłuższego czasu pewna myśl. Jak trafne jest zdaniem Pani stwierdzenie: „piękno kryje się w oku patrzącego”?

A.P.: Stwierdzenie to dotyka problemu „de gustibus”: Nie to jest ładne, co jest piękne, ale co się komu podoba. Wyjaśnię to na przykładzie. Bardzo lubię robić zdjęcia, dużo fotografuję i wiem z doświadczenia, że nawet najpiękniejszy krajobraz można uznać za nudny, jeśli się go przedstawi w mało interesujący sposób. Wystarczy zmienić kąt patrzenia, zwrócić uwagę na szczegół i już robi się ciekawie. Dla jednych kula słońca zachodząca nad jeziorem stanowić będzie obiekt westchnień, inni uznają taki widok za kicz. Często szukam piękna w obiektach brzydkich, odrapanych, zniszczonych. Niedawno weszłam na jedno z krakowskich podwórek, nie dotkniętych jeszcze reką developera, i oniemiałam. Drewniane balustrady, drzwi pokryte kilkoma warstwami łuszczącej się farby, odrapana ściana oświetlona popołudniowym słońcem stanowiły gotowe obrazy. Na zdjęciach udało mi się wydobyć piękno z brzydoty, ale dla osoby postronnej będą to tylko obskurne widoki. Ja będę się po stokroć zachwycać fakturą starej farby, a ktoś inny będzie biadać nad stanem mojego umysłu... Wszystko jest kwestią punktu widzenia i stopnia posiadanej wrażliwości.

M.B.: Zajmuje się Pani jeszcze wieloma innymi rzeczami – pisaniem, dziennikarstwem, realizacją dokumentów i reportaży telewizyjnych…

A.P.: Sama się dziwię, że wystarcza mi na to wszystko czasu. Proszę pamiętać, że jestem także żoną i matką. A jednak nie potrafię siedzieć bezczynnie. Ciągle mam świadomość umykającego czasu i wciąż wydaje mi się, że zrobiłam za mało. Telewizja Kraków przez wiele lat była moim drugim domem. Obecnie z przyczyn ekonomicznych realizuję mniej materiałów. Współpracuję z kanałem satelitarnym „TVP Historia”. Mam jednak nadzieję, że uda mi się jeszcze zrealizowć niejeden program. Marzę o zrealizowaniu filmu o losach Franza Hofera, czy nowoczesnej filmowej monografii cmentarzy wojennych. Są to jednak projekty bardzo kosztowne. Trzeba przeczekać kryzys.

M.B.: Czy Pani nieprzeciętna aktywność wynika z wewnętrznego przekonania, w myśl którego „kobieta musi się realizować”? Określenie to przewrotnie zaczerpnęłam ze znanej satyrycznej telenoweli wytwórni AYOY o mocno ironicznej wymowie…

A.P.: Po pierwsze nie wiem, czy ta aktywność jest aż tak nieprzeciętna. Po drugie to nie kobieta, ale moje wewnętrzne „ja” musi się realizować. Jak na to patrzę z dystansu, to zaczyna mi się wydawać, że owo wewnętrzne „ja” jest konsekwentnym mężczyzną. (śmiech)

M.B.: I zapewne znajduje Pani jeszcze wolny czas na to, aby pójść do filharmonii albo odebrać w Konsulacie Austriackim nadany przez prezydenta Austrii Złoty Krzyż Zasługi?!

A.P.: A dlaczego nie? Opera Krakowska, filharmonia, koncerty Capelli Cracoviensis, wernisaże, to moje częste destynacje. Kiedy jestem zmęczona uciekam w muzykę, a nic tak dobrze nie robi, jak posłuchanie jej „na żywo”. Niestety rzadko odwiedzam teatr, bo w porównaniu z koncertami trudniej zdobyć bilety na spektakle. Skąd mogę wiedzieć, co będę robić za miesiąc, albo półtora? Tak odległe są wolne terminy. A co do medalu... czy Pani sobie wyobraża, że można byłoby go nie odebrać?! To wyróżnienie było dla mnie ogromną niespodzianką i prawdziwym splendorem. Jednak otrzymanie tak wysokiego odznaczenia państwowego niesie ze sobą całe mnóstwo wyzwań. Zwykle dostaje się takie medale jako ukoronowanie drogi życiowej. A ja (mam nadzieję) jestem w jej środku. Staram się być dobrą ambasadorką Austrii. Nie mogę przecież osiąść na laurach. Niedługo stulecie wybuchu I wojny światowej... Szykuje się sporo pracy.

M.B.: W dokumencie biograficznym „Chwilami życie bywa znośne”, poszukiwania medalu Literackiej Nagrody Nobla przyznanego Wisławie Szymborskiej trwały dłuższą chwilę, a kamera pokazała kilkaset szuflad w mieszkaniu poetki. Tymczasem medal odnalazł się w widocznym miejscu… Pani także trzyma swoje odznaczenie za szybą?

A.P.: Bardzo dziękuję za porównanie do naszej Noblistki, ale jestem pewna, że jest ono na wyrost. Pani Wisława przechowywała swój medal noblowski w sąsiedztwie innych, o mniejszej randze. Tym samym dawała znać, że wszystkie odznaczenia są dla niej jednakowo ważne. I w tym względzie jesteśmy podobne. Złoty Krzyż Zasługi Republiki Austrii sąsiaduje ze Złotym Groszem Tarnowskim i odznaczeniami przyznanymi przez Austriacki Czarny Krzyż. Każde z tych wyróżnień było dla mnie wyjątkowe. Ale... w ich sąsiedztwie znajduje się najcenniejsze i wcale nie moje: Militär Jubiläumkreuz, medal za dzielność, który mój pradziadek Marcin Kozik, ranny pod Iwangrodem, otrzymał w roku 1914 z rąk samengo cesarza Franciszka Józefa wraz z porcelanową fajką. To są dopiero pamiątki!

M.B.: A może jest tak, że tropienie prawdziwych historii dzieje się cały czas: na planie filmowym, w teatrze, w drodze do sklepu, u szewca, na targu, w kolejce…

A.P.: Ma Pani absolutną rację. Mam tę właściwość, że jestem celem wspomnianych już „ukierunkowanych przypadków”. Wnikliwie obserwuję świat, uważnie słucham i udaje mi się wiele zauważyć. Mam nadzieję, że szczęście do odkrywania mnie nie opuści.

M.B.: Dziękuję Pani za rozmowę!

Agnieszka Partridge – filolog, historyk sztuki, dziennikarka telewizyjna; realizatorka programów dokumentalnych i reportaży w TVP Kraków, poświęconych kulturze  i historii m.in. „Rekomendacje Kulturalne” oraz „Wielicki Skarbnik”; autorka monografii cmentarzy wojennych w Małopolsce pt. „Otwórzcie bramy pamięci” (fotografie Rafała Korzeniowskiego) oraz tekstów poświęconych sztuce w „Gazecie Antykwarycznej”

Źródło:
1. Dziennikarka na tropach historii, "Przegląd Regionalny" 2012, nr 5 (18), Rok III, Magazyn "Dobre Strony Historii" nr 3(5)/2012, s. 12-13.

(fot: archiwum autorki wywiadu)