poniedziałek, 9 lipca 2012

Historyk dobrze zamyślony (wywiad z dr. Andrzejem Niedojadło)

Rozmowa z dr. Andrzejem Niedojadło, historykiem, wykładowcą oraz autorem ksiązki nt. Hrabstwa Tarnowskiego o oswajaniu czasu, szczęściu do kobiet oraz… trudnej sztuce mówienia. Rozmawiała Małgorzata Budzik.

Małgorzata Budzik: Dotychczas dał się Pan poznać jako nauczyciel, naukowiec, społecznik, podróżnik... Jest Pan zaangażowany w bardzo wiele spraw, zatem kiedy znajduje Pan czas na wszystko?

dr Andrzej Niedojadło: Czasu to mi ciągle brakuje. Niemniej jednak jest to kwestia organizacji i samodyscypliny. Jeżeli zamierzenia realizuję konsekwentnie, to jakoś daję radę. Choć nie twierdzę, że zawsze jestem w stanie wszystko zrobić w wyznaczonym terminie. W życiu są różne przypadki, które wpływają na nasze działania, niezależnie od nas. Dlatego stale cierpię na chroniczny brak czasu. Natomiast aktywność, to taka dodatkowa vis vitalis, która pozwala żyć. Człowiek aktywny, to człowiek żyjący.

M.B.: Podobno w wolnych chwilach gra Pan w piłkę nożną… Daje Pan przykład młodym tarnowskim historykom, że w zdrowym ciele, zdrowy duch?!

A.N.: Skoro Pan Bóg daje zdrowie, to gram przez jesień, zimę i wczesną wiosnę. Zresztą nie tylko ja, bo z młodszą generacją spotykają się także i pozostali starsi historycy. W innych porach roku pływam. Nie tylko nauka jest dla mnie ważna, ale też sport. Musi tak być, bo pracując cały czas, czułbym się zmęczony. Ruch daje pewien relaks. Dzięki niemu mogę intelektualnie odpocząć.

M.B.: Przede wszystkim jednak znany jest Pan wielu tarnowianom jako gawędziarz…

A.N.: Lubię dużo mówić. Z wiekiem to się niestety nasila. To nie jest zbyt pozytywny objaw, dlatego muszę się dość często kontrolować. (śmiech) Na wykłady robię konspekty, żeby nie przedłużać i powiedzieć to, co trzeba. Wiadomo, że dygresje to sól ziemi – nie najważniejsza, ale istotna. Anegdoty, legendy oraz ciekawostki historyczne sprawdzają się zwłaszcza na zajęciach ze studentami. Zresztą każdy z nas oczekuje, żeby usłyszeć coś interesującego na wykładzie lub w czasie wystąpienia.

M.B.: Jeszcze nie raz zaskoczy nas Pan swoimi opowieściami o dawnym i współczesnym Tarnowie. Tymczasem ukazała się książka Pana autorstwa o Hrabstwie Tarnowskim. Na co należy zwrócić szczególną uwagę, czytając dzieje Tarnowa w XVII i XVIII wieku?

A.N.: Przede wszystkim na XVII i XVIII wiek, jako bardzo trudny okres w historii ogólnej oraz w rozwoju Tarnowa. Pokazanie wojen, zniszczeń, epidemii, zatargów z sąsiadami oraz wewnętrznych konfliktów między dzierżawcami, administratorami a miejscową ludnością nie należało do prostych rzeczy. Ciekawe są kwestie związane z osobliwościami występującymi na tym terenie. Mam tu na myśli quasi-zagłębie tkackie (Skrzyszów, Łękawica, Szynwałd, Zalasowa), marnotrawienie pańszczyzny oraz duże gospodarstwa chłopskie, będące już rzadkością w tym okresie. Szczególne są zagadnienia pitavalu, oddające życie codzienne ludności, jak zwyczaje świąteczne, czy procesy sądowe.

M.B.: Słyszałam, że Pana praca, to lektura obowiązkowa dla miłośników dziejów regionu...

A.N.: Trudno powiedzieć, czy obowiązkowa. Natomiast myślę, że każdy, kto interesuje się historią Tarnowa i regionu, powinien przeczytać tę książkę. Pisząc ją, stworzyłem pewne uzupełnienie pierwszego tomu monografii Tarnowa, która powstała ponad trzydzieści lat temu. Hrabstwo Tarnowskie zostało tu w zasadzie pominięte.

M.B.: Wydawnictwo ukazało się pod naukowym patronatem Tarnowskiego Oddziału PTH w Roku Hetmana Jana Tarnowskiego. Studia nad Hrabstwem Tarnowskim podjął Pan już kilkanaście lat wcześniej. Dlaczego zatem tak długo czekaliśmy na efekty badań?

A.N.: Powodem były różnego rodzaju zawirowania życiowe. Przecież miałem rodzinę, którą musiałem utrzymać. Poszedłem do pracy, potem wyjechałem za granicę. Byłem też pilotem zagranicznych wycieczek. Następnie robiłem różne studia podyplomowe i kursy, pełniłem różne funkcje, miałem dodatkowe obowiązki. To wszystko zabierało czas. W końcu zmobilizowałem się i przysiadłem do pracy. Sfinalizowałem to, co sobie wytyczyłem. Jednak jeśli policzyć czas, to na dobrą sprawę zbieranie materiału i pisanie zajęło mi około siedmiu lat. Potem szukałem też wsparcia finansowego na wydanie publikacji. Pisałem wnioski o granty, które nie zostały uwzględnione. Teraz znalazłem inną możliwość – uzyskałem wsparcie z instytucji oraz trochę z własnych środków. Poszukiwanie źródeł także nie należało do rzeczy prostych. Wejścia do archiwów były w pewien sposób ograniczone, trzeba było mieć odpowiednie „wsparcie”. W tym czasie odwiedziłem wiele bibliotek i ośrodków badawczych w Polsce. Niektóre dokumenty pisane odkryłem przez przypadek, ale nie dotarłem do wszystkich materiałów znajdujących się w prywatnych rękach. Wydaje mi się jednak, że przeanalizowałem wszystkie dostępne źródła krajowe. Jedne rzeczy się przydały, inne zaś miały mniejszą wartość w prowadzeniu pracy badawczej. Starałem się podzielić swoją wiedzą, na tyle, na ile to tylko było możliwe.

M.B.: Wiele Pan wymaga od siebie i od innych. Jak reagują na Pana nowe pomysły najbliżsi?

A.N.: Czy wymagania są wysokie, to trudno powiedzieć. Przede wszystkim wymagam od siebie. Natomiast znajomi, przyjaciele i rodzina przywykli już do mnie. Wiadomo, że jestem typem naukowca. Rzadko bywam w domu, ale staram się godzić pracę naukową i zawodową
z życiem rodzinnym. Poświęcam w miarę możliwości czas córkom oraz żonie. Nie zapominam o nich, bo są dla mnie bardzo ważne. Dają mi siłę do dalszej pracy, za co jestem im niezmiernie wdzięczny.

M.B.: Współpracował Pan przez wiele lat z dr. Stanisławem Potępą. Czy to prawda, że dzięki niemu lokalne środowisko historyków zaczęło działać dynamicznie?

A.N.: Tak, ponieważ Staszek Potępa stworzył Tarnowskie Towarzystwo Kulturalne, „Rocznik Tarnowski” oraz monumentalne dzieło „Tarnów. Wielki Przewodnik”. W latach 1996-2006 pełnił funkcję prezesa Tarnowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego. Był też jednym z pomysłodawców „Encyklopedii Tarnowa”, ale wówczas brakowało klimatu do realizowania tego projektu. Współpracowałem ze Staszkiem prawie do samej jego śmierci w grudniu 2009 roku. Wspomagałem go zbieraniem materiałów do wymienionych publikacji oraz pisaniem różnych tekstów.

M.B.: Powtarza Pan, że praca naukowa bez dydaktyki nie ma sensu. Czy pedagog może czuć się spełniony? Ostatnio tyle mówi się o frustracjach związanych z zawodem nauczyciela.

A.N.: Praca nauczyciela na pewno nie jest łatwa. Pewne trudności z nią związane już mnie jednak nie dotyczą. Sam przepracowałem w oświacie ponad trzydzieści lat. Okres ten wspominam z pewnym sentymentem. Myślę, że bycie nauczycielem, to ciekawa rzecz, która daje dużo satysfakcji. Nie można tylko czytać książek i przekazywać informacji. Trzeba samemu badać, tworzyć i pisać. To motywuje do szukania możliwości przekazywania swojej wiedzy młodym ludziom. Ich zainteresowanie daje satysfakcję i zachęca do dalszej pracy naukowej.

M.B.: Za Pana słowami idą również czyny. Jednak jest Pan bardzo zasadniczy jako nauczyciel. Wiem, że mimo to uczniowie i studenci bardzo Pana lubią oraz cenią!

A.N.: Myślę, że wymagać trzeba. Na początku uczniowie i studenci nie lubią surowych nauczycieli. Z czasem to właśnie ich pamiętają, a nie tzw. „luzaków”. Uważają, że to właśnie wymagający wykładowcy nauczyli ich czegoś. Ja wymagam, ale staram się być sprawiedliwy i wszystko brać na korzyść młodzieży. Dawać jej szanse i pomagać – uczciwie i bez złośliwości. Po latach absolwenci spotykają mnie na ulicy i podkreślają: „…ale był Pan sprawiedliwy”. Coś w tym jest.

M.B.: Słyszałam z pewnych źródeł, że szczególną sympatią darzą Pana tarnowskie studentki…

A.N.: Może dlatego, że w domu mam trzy kobiety: żonę i dwie córki. Kiedyś też mama przychodziła nam pomagać. I jest jeszcze papużka mojej córki… Może dlatego mam szczęście do kobiet. (śmiech)

M.B.: Czy oprócz wszechstronnej wiedzy fascynują się one Pana szeroką działalnością w Tarnowie?

A.N.: Zapewne tak jest. Najlepszym tego przykładem może być wstępowanie w szeregi członków Tarnowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego, pisanie artykułów do naszych dwóch pism: „Szkiców Tarnowskich” oraz „Tarnowskich Studiów Historycznych”, czy też do innych publikacji oraz udział w różnych przedsięwzięciach Towarzystwa.

M.B.: A pozostałe lokalne inicjatywy podejmowane przez Pana? Działalność społeczna w powszechnym odczuciu to praca za darmo!

A.N.: Nie wszystko możemy przeliczać na pieniądze, choć dzisiaj nie jest to priorytetem. Te bowiem nie zawsze zastąpią satysfakcję. Mnie cieszy, że mogę podzielić się swoimi pasjami. Ci ludzie, którzy mnie słuchają są mi bliscy. Dla nich warto to robić.

M.B.: Z Pana słów wynika, że historia to nie tylko zawód, ale też pasja…

A.N.: Mój los jest taki, że ja ciągle zmieniam zainteresowania. Nie wystarczy tylko pisać. Trzeba również umieć przekazywać zdobyte wiadomości. Trzeba znać zainteresowania odbiorców. To istotna sprawa, w jaki sposób propagować regionalia. Bez własnych pasji to wszystko staje się raczej niemożliwe.

M.B.: „Ale to już było, i nie wróci więcej” – śpiewa Maryla Rodowicz. Czy nie żal Panu minionego czasu spędzonego w archiwach, nad dokumentami i książkami?

A.N.: Jak popatrzę retrospektywnie, to niestety nie jest mi tego żal. Po prostu nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez archiwum i bez pisania. Moje życie byłoby bezwartościowe. Wydaje mi się, że to jest spełnienie. Czas mija, a ja zostawiam po sobie pewien intelektualny dorobek oraz dobre myśli…

M.B.: Dziękuję Panu za rozmowę!

Andrzej Niedojadło – doktor historii, nauczyciel akademicki w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Tarnowie i w Małopolskiej Szkole Wyższej w Brzesku; nauczyciel dyplomowany i wicedyrektor (1991-2006) w Zespole Szkół Mechaniczno-Elektrycznych w Tarnowie; wiceprezes Tarnowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego oraz Tarnowskiego Towarzystwa Kulturalnego.

Źródło:
1. Historyk dobrze zamyślony, "Przegląd Regionalny" 2012, nr 1 (15), Rok III, Magazyn "Dobre Strony Historii" nr 1(3)/2012, s. 13.

(fot. Michał Plebanek)