poniedziałek, 10 grudnia 2012

Lecznictwo ludowe w Galicji na przełomie XIX i XX wieku. Sytuacja na przykładzie wybranych wsi okolic Tarnowa

Choroby towarzyszą ludziom od zawsze. Od zawsze też starano się im zapobiegać, a w momencie, gdy okazywało się to niemożliwe, również je zwalczać. Każda epoka cechowała się odmiennymi metodami i środkami stosowanymi w walce ze schorzeniami. Kolejne pokolenia korzystały z doświadczeń poprzedników, ale też wypracowywały własne, nowe sposoby leczenia. W ten sposób doszło do wykształcenia się całego systemu wiedzy leczniczej, która w mniejszym lub większym stopniu była orężem w walce z rozmaitymi chorobami. Wiedzę przekazywano z ojca na syna i z matki na córkę. Trwała ona w społeczeństwie równolegle z rozwojem nowoczesnej medycyny. Niezależnie bowiem od tego, co mówili i zalecali lekarze, lud wiedział swoje, a tzw. medycyna ludowa przez długi czas uważana była za jedyną skuteczną[1].
Analogiczna sytuacja miała miejsce również na terenie powiatu tarnowskiego. Jeszcze na przełomie XIX i XX w. tamtejsi chłopi, pozbawieni w większości przypadków opieki medycznej, co więcej nieufający lekarzom[2], korzystali na co dzień przede wszystkim z metod i środków dobrze im znanych. Domowe sposoby leczenia obejmowały także całe spektrum rozmaitych gestów, symboli, wypowiadanych słów, opartych niekiedy na mocno zakorzenionych przyzwyczajeniach, przybierających nierzadko formy zabobonu.
W świadomości galicyjskich chłopów osoby obdarzone szczególną wiedzą lub wyjątkowymi mocami pełniły w poszczególnych wsiach funkcję miejscowych lekarzy. Uznając ich zdolności zwracano się z prośbą o pomoc przede wszystkim w przypadkach dolegliwości, których samodzielne uleczenie było niemożliwe. W zależności od stanu chorego i zaawansowania choroby wybierano usługi bab wiejskich lub znachorów, a w najcięższych przypadkach, nawet czarowników lub wiedźm. Tych ostatnich starano się unikać, gdyż jak sądzono igrały z nieczystymi mocami, a ich praktyki uważano za niebezpieczne. Każda z grup miejscowych lekarzy dysponowała własną wiedzą oraz indywidualnymi, typowymi dla siebie metodami leczenia[3].
Aby dobrać odpowiednie środki, mieszkańcy wsi nauczyli się rozpoznawać większość schorzeń, z którymi przyszło im walczyć. I tak ze względu na ich różnorodność chłopi z okolic Zakliczyna nad Dunajcem dzielili je na dwie kategorie: choroby wrodzone i choroby nabyte.
Choroby wrodzone definiowane były jako te, z którymi człowiek przychodził na świat, i na które w zasadzie nie miał wpływu. Większość schorzeń dziedziczyło się z dziada pradziada, nie można im było zapobiec, a jedynie leczyć. Były jednak dolegliwości, przed którymi można było się uchronić. Choroby te: „tworzą się w rozwijającym się organizmie dziecięcia, kiedy ono zostaje jeszcze w łonie matki”[4]. Przyczyn chorób wrodzonych dopatrywano się przede wszystkim w niewłaściwym postępowaniu kobiet w stanie błogosławionym. Aby człowiek rodził się z jak najmniejszą ilością schorzeń, każda spodziewająca się potomka matka musiała przestrzegać rozmaitych prawideł i przepisów powszechnie funkcjonujących w świadomości miejscowych[5].
Zaleceń było bardzo dużo, warto jednak wspomnieć o kilku najpowszechniej stosowanych:
- nie należało siadać na pniaku, gdyż dziecko mogło mieć dużą i ciężką głowę;
- matce nie wolno było skupiać wzroku na zdeformowanych oraz brzydkich osobach i rzeczach, gdyż dziecko mogło przejąć: „brzydkie, nienaturalne i nieregularne rysy twarzy i kształty ciała”;
- należało unikać kontaktu z pożarem, gdyż zapatrzenie w ogień mogło być przyczyną płomienicy;
- ciężarna nie mogła przechodzić pod dyszlem, gdyż syn, którego się spodziewa mógł mieć zbyt długie przyrodzenie;
- zabronione było noszenie w zapasce jabłek i słodkich placków, gdyż pierwsze mogły skutkować u dziecka licznymi boleściami, drugie zaś pojawieniem się różnych zmian skórnych na twarzy[6].
Oprócz wielu zakazów, jakie należało przestrzegać kobietom w ciąży, mieszkańcy wsi podtarnowskich oraz innych rejonów Galicji mieli także inne zalecenia profilaktyczne dla zachowania dobrego zdrowia. Wskazówki dotyczyły przede wszystkim czasu od przyjścia dziecka na świat, jego okresu rozwoju i dorastania.
Już przy narodzinach odbierające poród baby wiejskie musiały pamiętać, aby po odcięciu i zawiązaniu pępowiny podać noworodkowi kilka kropel krwi płynącej z pępka. Jak uważano, miała ona chronić dziecko od wszelkich boleści, na które było narażone przez całe życie[7]. Niemal każda wieś miała własne obyczaje związane z przyjściem człowieka na świat. W Lusławicach nad Dunajcem tuż po porodzie wkładano dziecko do zimnej wody, aby „było twarde”[8]. Dla tamtejszej społeczności pojęcie to oznaczało, iż będzie ono mniej narażone na różne czynniki chorobotwórcze. Kolejnym ważnym momentem w życiu dziecka, w którym należało przestrzegać odpowiednich prawideł był okres niemowlęctwa. Właśnie w tym czasie matka powinna pamiętać, aby przed każdą kąpielą wypłukać wanienkę. W przeciwnym razie, gdyby tego nie zrobiła, dziecko, jak sądzono, mogło dostać suchot. Choroba była groźna, w efekcie mogła nawet spowodować śmierć niemowlęcia. Kobiety uważały również, aby przy kołysce nieochrzczonego dziecka nie przebywały osoby spoza własnego gospodarstwa domowego, szczególnie starsze kobiety. W mniemaniu mieszkańców wsi mogły być one niebezpieczne, ze względu na tzw. urokliwe oczy. Za ich sprawą bowiem, jak sądzono, rzucano na dziecko uroki[9].
Poza dolegliwościami wrodzonymi, większość schorzeń dotykających mieszkańców podtarnowskich wsi stanowiły choroby określane mianem nabytych. Chłopi z okolic Brzozowej dzielili je ze względu na przyczynę, która wywoływała daną dolegliwość. I tak według ich wskazania choroby dotykały ludzi: „a) wskutek zaniedbania lub przekroczenia prawideł i przesądnych przestróg higienicznych przez osoby do tego powołane, podczas urodzenia, obrzędów chrzcin i wychowania dziecka; b) pod wpływem sił nieczystych; c) pod wpływem złego powietrza; d) wskutek nastąpienia na miejsce niezdrowe; e) wskutek wysilenia się fizycznego; f) wskutek zmartwienia; g) wskutek niezaspokojenia pragnień i zachcianek; h) wskutek nadmiernego jedzenia (przełożenia) i picia; i) wskutek nieprzestrzegania przepisów dietetycznych i higienicznych we właściwym czasie i położeniu i wreszcie: j) wskutek różnych szkodliwych przypadków”[10].
Wśród chorób, których chłopi bali się najbardziej były spowodowane tzw. złym powietrzem[11] m.in.: febra, róża oraz siejąca spustoszenie i panikę cholera. Ostatnia z nich przybierała postać epidemii, która dziesiątkowała mieszkańców wsi i miast. W Tarnowie i okolicach jedne z największych to epidemie w latach 60. XIX w. Z chorobą związana była legenda, którą opowiadali mieszkańcy okolic Zakliczyna. Według nich przypadłość przenosiła powietrzem niewiasta wyłaniająca się z mgły i przyodziana w białe szaty[12]. Pojawienie się jej, jak wierzono, wróżyło nie tylko nadciągającą chorobę, ale przede wszystkim pozwalało mieszkańcom wsi na zastosowanie odpowiednich metod zapobiegawczych zmniejszających ryzyko zachorowania.
Zdecydowanie trudniej niż choroby spowodowane złym powietrzem było leczyć schorzenia wywołane przez inne z wcześniej wymienionych przyczyn. Najczęściej przypadłości miały co najmniej kilka źródeł pochodzenia. Jedną z takich chorób był tzw. kołtun. Jak wierzono, mógł on mieć swoje źródło zarówno w wyniku nastąpienia na złe miejsce, jak również wywoływać mogły go trapiące człowieka zmartwienia. Mieszkańcy Brzozowej wierzyli, że bóle spowodowane dolegliwością ustaną dopiero wtedy, gdy objawi się ona na zewnątrz w postaci splotów na włosach, które natychmiast należało uciąć i zakopać w ziemi. Według nich miejsce, w którym to uczyniono stawało się skażone i każde nastąpienie na nie bosą stopą miało swoje konsekwencje w postaci kolejnego zarażenia[13]. Z tego powodu ostrożnie dobierano teren, gdzie zakopywano kołtun. Zwykle było to ustronne, rzadko uczęszczane miejsce, a czynność odbywała się w sposób rytualny.
Zupełnie inne przyczyny wywoływały przypadłość określaną mianem guojśca. W opinii chłopów zgodnej z legendą, w każdym człowieku żył taki ból, który wymuszał na nim spełnianie różnorodnych zachcianek. Jeżeli nie zostały one zaspokojone: „ten gniewa się bardzo, dokazuje, wojuje, włazi na wnętrze, łamie po kościach, i może nawet zamordować człowieka”[14].
Wybrane przykłady postrzegania przyczyn chorób nie są oczywiście jedynymi, które funkcjonowały w społecznej świadomości. Wśród nich były zarówno bardzo racjonalne, jak i takie, których wytłumaczenie sprawiało mieszkańcom galicyjskich wsi pewną trudność. Podobnie zresztą sytuacja przedstawiała się w przypadku sposobów właściwego leczenia. Medycyna ludowa znała wiele metod zwalczania chorób. W ciągu stuleci zdołała wypracować szereg konkretnych lekarstw i zabiegów, które były jedynym ratunkiem w walce z zagrożeniem w obliczu braku lekarzy.
Od chwil kiedy człowiek przychodził na świat, czyhało na niego wiele rozmaitych chorób. W okolicach Brzozowej najczęstszymi schorzeniami, na które cierpiały małe dzieci, jak podają zapisy źródłowe, były: suchoty, boleści w brzuchu, koklusz, moczenie nocne oraz tzw. przelęknięcia i zerwania. Większość chorób szczególnie u niemowląt objawiało się ich przeraźliwym płaczem. Zazwyczaj diagnozowano wówczas u dziecka bóle brzucha, które mogły być wywołane kwaśnymi potrawami, które wcześniej spożyła karmiąca matka. Znachorzy w takim wypadku polecali przede wszystkim zabiegi rozkurczające. W tym celu okładali brzuch dziecka ciepłym kompresem z rzeżuchy, ziela św. Piotra lub kminku, a niekiedy też wraz z pokarmem podawali niemowlęciu kawałek jego własnej pępowiny. Przy tym kładli je na ziemi i wypowiadali słowa: „te boleści niech tu zginą”. Kiedy jednak płacz dziecka nie ustawał, a jego brzuch wciąż był twardy, zabierano je w miejsce, gdzie krzyżowały się drogi. Tam na poduszce przeciągano je przez ścieżkę, a niekiedy także kładziono w środek koła narysowanego uprzednio święconą kredą[15].
Zdarzało się jednak, że i to nie przynosiło większego efektu. Wtedy matka sprawdzała powieki dziecka. Jeżeli były słone, wszystko wskazywało na to, że dostało ono uroków. Znachorzy, radzili wtedy matce, aby polizała powieki dziecka trzy razy i przy tym spluwała na ziemię. Jak wierzono, właściwości odczyniające uroki miała również odwrócona bielizna rodzicielki. Zalecano zatem matce chorego dziecka, aby ocierała nią twarz, a wtedy uroki natychmiast znikną[16].
Bardzo często dziecko, które dostało uroków miało także problemy ze snem oraz moczeniem nocnym. W okolicach Tarnowa na lepszy sen podawano dziecku do picia odwar sporządzony z makówki. W innych regionach Galicji radzono zaś, aby: „ojciec lub matka, a jeżeli dziecko starsze, to samo ma się postarać, aby je ksiądz na dwa razy pokropił święconą wodą w kościele tj., gdy idzie ku drzwiom i z powrotem[17].
Prócz płaczu, ważnym symptomem, który niepokoił rodziców był brak apetytu i utrata wagi ciała u dziecka. Znachorzy najczęściej diagnozowali wtedy u niego tzw. suchoty. Schorzenie to leczono przede wszystkim kąpielami. W podtarnowskich wsiach przeprowadzano je na różne sposoby. Jedni kąpali dziecko wraz z kotem, na którego to, jak wierzono, miała przechodzić dolegliwość. Inni podczas pełni księżyca kopali w ziemi trzy dołki, które potem napełniali wodą i wkładali do nich chorego. Według mądrości ludowej po takich czynnościach dziecko miało wyzdrowieć i już nigdy w przyszłości nie cierpieć na omawianą przypadłość[18].
Schorzenia nie omijały również osób dojrzałych. Jedną z najczęstszych chorób śmiertelnych wśród dorosłych była, oprócz wspomnianej już cholery, także febra[19]. Ponieważ leczenie było niezwykle trudne, należało się przed nią odpowiednio zabezpieczyć. Przykładowo można było jej zapobiec dozując różnego rodzaju soki. Oto kilka przepisów na niektóre z leczniczych napojów, w których zalecano pić: „skorupę z jaja upaloną, i utartą z wódką; utarty chrzan z kwaśnym mlekiem i serwatką; łożysko klaczy ususzone i utłuczone z wódką lub wodą, odwar z korzeni psiego mleczu, wino pozostałe w ampułce po mszy św., sól kuchenną upieczoną w szmatce w gorącym popiele i rozpuszczoną w wodzie, proch (brud) z konia z wódką, wino, w którym moczył się pająk, naftę”[20].
W sytuacji, kiedy jednak nie udało się ochronić od choroby, metoda leczenia uzależniona była od jej źródła. Jeżeli febra powstała od wewnątrz organizmu, podawano chorym środki przeczyszczające albo roztwór sporządzony z kamfory, pieprzu i wódki[21]. Jeżeli była z kolei efektem przelęknięcia chorego należało zastosować metodę na zasadzie klin klinem. W tym celu próbowano: „za chorą osobą rzucić nagle na ziemię nowy garnek, aby się przestraszyła”[22].
Inną z chorób zakaźnych dręczących chłopów była tzw. zimnica, inaczej zwana zimnem. Dolegliwość leczono na kilka różnych sposobów. Niektórzy polecali okrycie się dziewięcioma różnymi ubraniami i upicie się tą samą ilością różnych trunków. Inni sporządzali specjalne odwary z cukru i wysuszonego końskiego łajna[23].
Odchody zwierzęce i ludzkie wykorzystywane były w medycynie ludowej Galicji bardzo często. W niektórych wsiach galicyjskich łajno pochodzące od psa używane było m.in. na wszelkie bóle gardła. Jeżeli z kolei cierpiano na bóle w kościach, baby wiejskie zalecały okłady z odchodów gołębich. Na bóle żołądka najlepszy był krowi gnój rozpuszczony w mleku. Znachorzy z Wadowic znali zaś doskonałe lekarstwo na febrę: „bierze się (…) dziewięć łajen mysich, rozciera się je z błonką jajka i zażywa się w postaci pigułek”[24]. Specyficznie leczono z użyciem odchodów zwierzęcych francę[25]. Podczas choroby zakopywano chorych w świeżym końskim łajnie: „Człowieka, zazwyczaj kobietę, porażonego tą okropną niemocą, obnażonego zupełnie, zakopywano w postawie leżącej po szyje lub z całą głową i twarzą, jeżeli wyrzuty znajdowały się i na nich, pozostawiwszy otworek naprzeciwko nosa i ust do oddychania”[26]. Podczas zabiegu choremu związywano ręce i nogi, aby nie uciekł.
Podobne właściwości lecznicze wykazywały wszelkie inne środki pochodzenia zwierzęcego. Popularne w kuracjach było wykorzystywanie tłuszczów i skór zwierzęcych, z których sporządzano przeróżne specyfiki. Mieszkańcy wiosek leżących nad Dunajcem często na wszelkie choroby skórne stosowali sadło zajęcze. Według nich leczyło podrażnienia oraz pozwalało kobietom cieszyć się pięknym wyglądem. W wielu zakątkach Galicji szczególnie chętnie sięgano po tłuszcz z psa. Podawano go do picia osobom powracającym z więzienia lub z wojny, gdyż miał właściwości wzmacniające i regenerujące. Nierzadko smarowano nim również klatkę piersiową w stanach przeziębienia lub przy okazji zapalenia płuc. Uważano również, że w przypadku gruźlicy ma właściwości: „leczące dziury w płucach”[27]. Bardzo typowe było również wykorzystanie skór zwierzęcych. Owinięta wokół chorego miejsca psia skóra leczyła bóle nóg, ciężkie choroby kości, a także reumatyzm. Analogiczne właściwości przypisywano także skórom pochodzącym od kotów[28].
Innymi przypadłościami, z którymi chłopi musieli zmierzać się na co dzień były różnego rodzaju bóle żołądka, głowy i zębów. Zazwyczaj choroby te leczono najpierw domowymi sposobami. Dopiero, kiedy te zawodziły, udawano się do miejscowych zielarek lub znachorów. W przypadku dolegliwości ze strony żołądka chorym podawano do picia wódkę z pieprzem lub odwar z rumianku i mięty pieprzowej. Czasami też polecano przyjąć środki wymiotne lub przeczyszczające. Te ostatnie sporządzały zielarki w postaci odwaru z kory kruchliny lub szyszek olszowych, ale tylko struganych z góry na dół. Po wypiciu specyfiku chory musiał pamiętać, żeby puste naczynie pozostawić dnem do góry. Tylko w ten sposób napój nie prowokował wymiotów, a pożądane rozwolnienia.
Na bóle głowy chłopi stosowali najczęściej ciepłe kompresy z winem lub octem, okładali się pijawkami, a w okolicach Tarnowa stosowano także opatrunki z liści orzecha włoskiego[29]. Aby jednak zapobiec bólom na przyszłość, w innych rejonach Galicji starano się również zachować odpowiednie przepisy, takie jak m.in.: „przede wszystkim nie należy strzyc włosów przed nowiem, lecz po nowiu, gdy księżyca przybywa. Ostrzyżonych włosów nie wolno wyrzucać na dwór, aby wiatr ich nie rozniósł, najlepiej je spalić (...). Gdy się ujrzy jaskółkę pierwszy raz na wiosnę należy się zaraz umyć, aby nie miewać bólu głowy. Nie należy się czesać w Wielki Piątek, bo by głowa często bolała i włosy by wypadały. Stołów i stołków nie należy stawiać do góry nogami”[30].
Jeśli chodzi o bóle zębów, w zasadzie nie można mówić o ich leczeniu. Zazwyczaj w każdej galicyjskiej wsi znajdował się ktoś, kto trudnił się wyrywaniem ich. Zabieg usuwania przeprowadzano za pomocą obciążników lub lewarków. W okolicach Przemyśla pacjenci musieli pamiętać przy tym, że: „po zęba pierwszego wyrwaniu krwi zeń cieknącej wypluwać nie trzeba na ziemię, lecz z mlekiem ją połykać, a nie dozna się więcej bólu zębów”[31]. W celu złagodzenia dolegliwości przykładano na uszkodzone dziąsła magnes, jakoby ten miał właściwości wyciągające ból. Niektórzy też, w podobnym celu stosowali tzw. okadzanie wywarem z cukru, chleba i bursztynu. Inni natomiast podawali chorym do gryzienia kość trupa, która miała zapobiec bólom na przyszłość[32].
Mieszkańcy wsi musieli radzić sobie także z wszelkiego rodzaju zwichnięciami, złamaniami czy ranami powstałymi na skutek różnych nieszczęśliwych wypadków. W pierwszym z wymienionych przypadków chorzy udawali się zazwyczaj do miejscowego lekarza, który najpierw natłuszczał zwichniętą kończynę, a potem nastawiał na swoje miejsce. W przypadku złamania połamaną kość należało odpowiednio złożyć. W tym celu guślarze najpierw okładali ją korzeniem żywokostu zarobionego z serwatką i deszczułeczkami, a następnie wszystko zawiązywali szmatką, tworząc w ten sposób szynę. Przy otwartym załamaniu, w celu zatamowania krwotoku przykładano choremu pajęczynę, jodłową żywicę albo zalewali ranę naftą. W gospodarstwach domowych często do tego celu stosowano liście babki lekarskiej oraz liście kapusty[33].
Chorób oraz stosowanych na nie środków leczniczych i zabiegów można by wymieniać jeszcze bardzo wiele. Szczególnie na uwagę zasługuje leczenie uroków, na które, jak uważano, często cierpieli mieszkańcy wsi. Choroba objawiała się zazwyczaj bólem głowy i mdłościami. Czasami przypadłość wywoływała także uderzenia ciepła i omdlenia[34]. Przyczyn choroby galicyjscy chłopi upatrywali wiele. Zazwyczaj uważano, że uroki nadają ludzie, którzy mają tak zwane urokliwe oczy. Czasami zdarzało się jednak, że powodował je po prostu wiatr. O ile w ostatnim przypadku choroba mogła przejść samoistnie, o tyle wcześniejszych uroków nie mogła odprawić osoba, która ich doznała. Z prośbą o pomoc zwracano się do znachora lub innej osoby, która na wsi uważana była za mądrą. Ta, wymawiając zaklęcie wrzucała do wody kilka żarzących się węgli drzewnych, po czym nakazywała choremu wypić wodę oraz zmywać nią oczy, dłonie i piersi[35]. Następnie sąsiad leczonego: „stawiał prawą nogę na ławie lub stołku. Chory przechodził pod nią trzy razy w lewą stronę. Trzymający nogę na ławie spluwał w tym czasie trzy razy w stronę przeciwną wędrówce chorego… Po tych zabiegach znachorka wypruwała z lnianej koszuli kobiecej kawałek nitki i podawała ją choremu do połknięcia”[36].
Przedstawiony obraz medycyny ludowej przełomu XIX i XX w. z pewnością nie jest pełny. Zawiera on jedynie zarys problemu i wymienia jedne z najpopularniejszych sposobów i metod leczenia. Zasób tych ostatnich jest jednak o wiele szerszy. W artykule pominięte zostały metody mające charakter magiczny, a więc: rytuały, zamawiania, itp. Podobnie też, jedynie w niewielkim stopniu nakreślono zakres środków leczniczych jakimi dysponowała ówczesna medycyna ludowa. Chodzi tutaj przede wszystkim o rośliny, w tym zioła, rośliny uprawne i różne ich pochodne, a także w mniejszym stopniu minerały oraz inne medykamenty. Zagadnienia te wymagają dalszych studiów źródłowych i porównawczych oraz poświęcenia im osobnej pracy.
Marzena Koterbicka-Borys

Wykorzystana literatura:
1. Biegeleisen H., Lecznictwo ludu polskiego, Kraków 1929.
2. Blin-Olbert D., Zwyczaje narodzinowe i pielęgnacyjne niemowląt w końcu XIX i w XX w. w okolicach Sanoka, „Materiały Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku”, t. 37, 2008,
3. Franaszek P., Szpitale galicyjskie w II połowie XIX i na początku XX w., „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace Historyczne” 1999.
4. Fyda J., Medycyna ludowa, [w:] Ziemia Biecka. Lud polski w powiatach gorlickim i grybowskim, red. S. Udziela, Nowy Sącz 1994.
5. Kolberg O., Dzieła wszystkie, t. 35, Przemyskie, Wrocław-Poznań 1964.
6. Kolberg O., Dzieła wszystkie, t. 48, Tarnowskie – Rzeszowskie, Wrocław-Poznań 1964.
7. Libera Z., Znachor w tradycjach ludowych i popularnych XIX i XX wieku, Wrocław 2003.
8. Rak S., Nieco o magii w lecznictwie ludowym, [w:] Prace i materiały z badań etnograficznych ośrodka mokrzyszowsko-grębowskiego w powiecie tarnobrzeskim, Rzeszów 1968
9. Szot-Radziszewska E., Sekrety ziół. Wiedza ludowa, magia, obrzędy, leczenie, Warszawa 2005
10. Świętek J., Brzozowa i okolice Zakliczyna nad Dunajcem. Obraz etnograficzny – zbiór z lat 1897-1906, cz. 2, Wrocław 1998
11. Zdrada J., Ziemia tarnowska w okresie autonomii galicyjskiej 1847-1918, [w:] Tarnów. Dzieje miasta i regionu, red. F. Kiryk, Z. Ruta, t. 2, Tanów 1983.
                                   
[1] O. Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 48, Tarnowskie – Rzeszowskie, Wrocław–Poznań 1964, s. 304.
[2] Wyspecjalizowani lekarze w społecznościach wiejskich odgrywali niewielką rolę. Ich kontakt z mieszkańcami wsi ograniczał się do sporadycznych przypadków. Decydowały o tym różne czynniki zewnętrze oraz tkwiące głęboko w świadomości chłopów. Wśród pierwszych z nich wymienić należy przede wszystkim niedostateczną liczbę lekarzy. W Galicji jeszcze w roku 1896 średnio na 6 200 mieszkańców przypadał tylko jeden medyk. W przypadku specjalistów statystyki te były jeszcze gorsze. Jeżeli nawet zaistniała możliwość dotarcia do lekarza, pojawiały się inne przeszkody, z powodu których rezygnowano z pomocy. Przede wszystkim dla przeciętnego chłopa medycy z miasta byli zbyt kosztowni. Wysokie ceny usług sprawiały, że na leczenie mogli pozwolić sobie tylko bogatsi chłopi. Bardzo często również i im po opłaceniu podróży oraz specjalisty brakowało środków na wykupienie w aptece medykamentów. Główny problem tkwił jednak w postrzeganiu medyków przez mieszkańców wsi. Z wielu pamiętników można wywnioskować, iż służba zdrowia była dla chłopów czymś obcym, a wręcz pańskim. Nie ufali lekarzom, nie wierzyli w ich umiejętności, a także bali się ich praktyk. Zob. P. Franaszek, Szpitale galicyjskie w II połowie XIX i na początku XX w., „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace Historyczne” 1999, z. 126, s. 136.
[3] Tak jak baby wiejskie można przyrównać do lekarzy pierwszego kontaktu, tak znachorzy byli postrzegani jako medycy specjaliści. Udawano się do nich ze wszelkimi problemami zdrowotnymi, na które nie mogła zaradzić medycyna domowa. Znachorów różniła od siebie specjalizacja tzn. jedni leczyli wyłącznie wodą, drudzy wróżyli, jeszcze inni likwidowali czar. Każdy z nich był zatem w pewien sposób ograniczony i nie mógł poskutkować na wszystko. Ograniczenie to wynikało również ze związków guślarza z Bogiem, ponieważ tak jak On nie zawsze wysłuchuje ludzkich modlitw i nie zawsze ingeruje w sprawy człowieka, tak i znachor nie zawsze mógł pomóc. W tej sytuacji ratunkiem pozostawali ci, których moc była jeszcze silniejsza, tj. kołduni, czarownicy, wiedźmy. Zob.: Z. Libera, Znachor w tradycjach ludowych i popularnych XIX i XX wieku, Wrocław 2003.
[4] J. Świętek, Brzozowa i okolice Zakliczyna nad Dunajcem. Obraz etnograficzny – zbiór z lat 1897-1906, cz. 2, Wrocław 1998, s. 7.
[5] O. Kolberg, dz. cyt., s. 279-282.
[6] J. Świętek, dz. cyt., s. 80.
[7] D. Blin-Olbert, Zwyczaje narodzinowe i pielęgnacyjne niemowląt w końcu XIX i w XX w. w okolicach Sanoka, „Materiały Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku” 2008, t. 37, s. 303.
[8] J. Świętek, dz. cyt., s. 239.
[9] Tego typu zaleceń, które funkcjonowały głęboko w chłopskiej świadomości, można wymieniać wiele. Ze względu jednak na zakres artykułu ograniczam przykłady do najbardziej, w moim odczuciu, reprezentatywnych.
[10] J. Świętek, dz. cyt., s. 79-80.
[11] Epidemie cholery miały miejsce m. in. w 1866 oraz 1873 r. Pierwsza z nich przyniosła śmierć ok. 1700 osób. Poza cholerą w okolicach Tarnowa zbierały śmiertelne żniwo również inne choroby. Przykładowo według oficjalnych danych z 1881 r. w powiecie tarnowskim zmarło na ospę 400 osób, na suchoty 350 osób, tyfus 267, na koklusz 200 osób, na odrę 182, zaś na czerwonkę 170 osób. Z czasem sytuacja zaczęła się poprawiać, a śmiertelność w zasadzie wszystkich wspomnianych chorób (prócz gruźlicy) uległa znacznemu ograniczeniu. Zob. J. Zdrada, Ziemia tarnowska w okresie autonomii galicyjskiej 1847-1918, [w:] Tarnów. Dzieje miasta i regionu, red. F. Kiryk, Z. Ruta, t. 2, Tanów 1983, s. 143-144.
[12] J. Świętek, dz. cyt., s. 81.
[13] O. Kolberg, dz. cyt., s. 291-295.
[14] Cyt. za: J. Świętek, dz. cyt, s. 82.
[15] J. Fyda, Medycyna ludowa, [w:] Ziemia Biecka. Lud polski w powiatach gorlickim i grybowskim, red. S. Udziela, Nowy Sącz 1994, s. 366-367.
[16] J. Świętek, dz. cyt., s. 82.
[17] O. Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 35, Przemyskie, Wrocław−Poznań 1964, s. 366.
[18] J. Świętek, dz. cyt., s. 242.
[19] Określeniem tym nazywano choroby charakteryzujące się wysoką temperaturą i towarzyszącymi jej dreszczami.
[20] O. Kolberg, Dzieła..., t. 35, s. 378.
[21] Tenże, Dzieła..., t. 48, s. 301.
[22] Tenże, Dzieła..., t. 35, s. 378.
[23] J. Świętek, dz. cyt., s. 245.
[24] H. Biegeleisen, Lecznictwo ludu polskiego, Kraków 1929, s. 81.
[25] Franca – kiła, choroba weneryczna. Tamże, s. 23.
[26] Tamże, s. 80.
[27] E. Szot-Radziszewska, Sekrety ziół. Wiedza ludowa, magia, obrzędy, leczenie, Warszawa 2005, s. 173.
[28] Tamże, s. 173.
[29] J. Świętek, dz. cyt., s. 244.
[30] J. Fyda, dz. cyt., s. 373.
[31] O. Kolberg, Dzieła..., t. 35, s. 300.
[32] H. Biegeisen, dz. cyt., s. 69.
[33] J. Świętek, dz. cyt., s. 246.
[34] O. Kolberg, Dzieła..., t. 48, s. 296-297.
[35] J. Fyda, dz. cyt., s. 387.
[36] S. Rak, Nieco o magii w lecznictwie ludowym, [w:] Prace i materiały z badań etnograficznych ośrodka mokrzyszowsko-grębowskiego w powiecie tarnobrzeskim, Rzeszów 1968, s. 237-238.